Szkoła w Dolinie Krzemowej.

Tu nikt nie ratuje dzieci przed edukacją. Do szkoły idą pięciolatki, a do tego, o zgrozo, nie dość, że nauczycielki zmieniają się co roku, to jeszcze w sierpniu miesza się dzieci z całego rocznika i od nowa buduje klasy. W szkołach ponadpodstawowych na każdą niemal lekcję idzie się z innymi dzieciakami. Chodzi o to, by od najmłodszych lat uczyły się budować relacje z osobami, których nie znają. Ciągle i ciągle, i ciągle, otwierały się na nowych ludzi. By umiały budzić sympatię i budować relacje. Ot, szkoła w Dolinie Krzemowej.

Jak budować relacje? 
Wszystko, co tu napiszę, należy opatrzyć zastrzeżeniem, że tu każdy dystrykt może sobie ustalić w edukacji inne zasady, a liczne mikroklimaty modyfikują szkolne rutyny.
Rok szkolny rozpoczyna się w okolicy połowy sierpnia, za to prócz wakacji są dwie dwutygodniowe przerwy w trakcie roku.
Temat szkoły warto jednak zacząć od budynków. Podstawówki mieszczą sześć roczników – „zerówka” i pięć klas (jeszcze siódma, mała, dla dzieci które rocznikowo się kwalifikują, ale we wrześniu nie ukończyły jeszcze wymaganego wieku) – często są zbudowane na planie sześciu kół (albo brył). Te okrągłe, jednopiętrowe budynki podzielone są na klasy z głównymi wejściami z podwórka. Z każdej jest też wyjście do wnętrza budynku, gdzie znajdziemy aulę, bibliotekę i toalety (tu nazywane restroom-ami). Dzieci zostawiają plecaki na dworze, bo niemal nigdy nie pada. Mają w nich głównie kopertę do komunikacji z rodzicami i pudełko z lunchem, który rodzice przygotowują swojemu dziecku sami. Wszystkie materiały edukacyjne dostarczone są przez nauczycielkę. Przed wejściem do klas są też stoliki, przy których w trakcie przerwy dzieci jedzą. Jest także boisko i place zabaw.
Tu nikt nie ratuje maluchów przed edukacją – do szkoły idą pięciolatki, a do tego, o zgrozo, nie dość, że nauczycielki zmieniają się co roku, to jeszcze w sierpniu miesza się dzieci z całego rocznika i od nowa buduje klasy. W szkołach ponadpodstawowych na każdą niemal lekcję idzie się z innymi dzieciakami. Chodzi o to, by od najmłodszych lat uczyły się budować relacje z osobami, których nie znają. Ciągle i ciągle, i ciągle, otwierały się na nowych ludzi. By umiały to robić, budzić sympatię i budować relacje. Co nie oznacza, że nie powstają przyjaźnie. Człowiek zawsze „złapie” kogoś z kim czuje się nadzwyczaj dobrze, by został z nim na dłużej.
Spóźnienie do szkoły przekraczające 10 minut, skutkuje uruchomieniem akcji informacyjnej do rodziców – mailami, telefonami, sms-ami – gdzie jest dziecko? To na wypadek porwania, które tutaj są obsesją, albo może zdarzają się częściej, więc ludzie są na nie wyczuleni. Przed bramą szkoły policjant codziennie wita dzieci. Nie można po prostu napisać dziecku usprawiedliwienia – nieobecność musi być zapowiedziana i potwierdzona na przykład przez lekarza, jeśli spowodowała ją u niego wizyta. Spektakularne zaćmienie słońca widoczne w sąsiednim stanie, nie jest wystarczającym powodem do nieobecności. Słyszałam, że kiedy rodzina nie stawiła się na rozpoczęciu roku, dzieci zostały ze szkoły wykreślone. Choć z drugiej strony, pewne ustępstwa można ze szkołą ustalić.

Procedury są dobre
Podczas szkolnej wycieczki zepsuł się autobus. W polskiej szkole rodzice dowiedzieliby się o tym zapewne po powrocie, albo przypadkowo, od któregoś z dzieci przez telefon, co mogłoby spowodować „nakręcanie” się wirtualnych zdarzeń. Tu procedury nakazują dyrekcji powiadamianie rodziców na bieżąco o zaistniałym incydencie i postępach w jego usuwaniu. Dostają sms-y z informacją o tym, że jeden z trzech autobusów się popsuł, więc stoi tu i tu, ale już na miejsce jedzie pojazd zastępczy. Nikomu nic się nie stało, a dzieci są pod opieką określonej osoby. Potem powiadomienie, że zamienny autobus już przybył, a dzieci się przesiadły. Na koniec, że temat jest zakończony, bo wszystkie dzieci znajdują się już w miejscu docelowym i dobrze się bawią. Tu procedury są czymś wszechobecnym i działają. Alarm, powiadamianie o postępach w usuwaniu kwestii i info o odwołaniu alarmu. Nawet jeśli ktoś w sklepie niefrasobliwie zażartuje i przestraszy klienta w kolejce, wszczyna się procedurę wyjaśniającą. Gdy jest podejrzenie wycieku gazu, mieszkańcy okolicy są powiadamiani. Dzieci regularnie ćwiczą alarm przeciwpożarowy (trzeba szybko wyjść na zewnątrz), alarm na wypadek trzęsienia ziemi (trzeba wejść pod stół, skulić się i przykryć rękami kark, a następnie wybiec na boisko), czy lock alarm (w razie strzelaniny – wszystkie drzwi i okna zamyka się na klucz i nie wolno wpuścić nawet kolegi, który wyszedł do toalety). Tu jest raczej oczywiste, że procedury i ich przestrzeganie ułatwiają życie, a nawet je ratują. Polacy powinni to wiedzieć najlepiej, ale zbyt często liczą na to, że mają wystarczająco dużo władzy, bo się na nie nie oglądać. Władzy grawitacja nie dotyczy.

Wsparcie dla obcojęzycznych
Moja bratanica w zeszłym roku rozpoczęła edukację w zerówce, w dobrej szkole publicznej – w rankingach 10/10. W tym miasteczku na przedmieściu San Francisco wszystkie szkoły są bardzo dobre i mają podobny ranking, dlatego wielu rodziców na początku roku w którym dziecko obejmuje obowiązek szkolny, przeprowadzają się do dystryktów w których szkoły są lepsze, choć czynsze znacząco wyższe. Bratanica szkołę uwielbia! Biegnie do niej jak na skrzydłach! Ponieważ do USA przyjechała zaledwie kilka miesięcy przed rozpoczęciem nauki, gmina, by przekonać się, czy dziewczynka potrzebuje wsparcia, zaprosiła ją na rodzaj egzaminu z języka angielskiego. Badają wszystkie dzieci które pochodzą z mieszanych rodzin, albo takich, gdzie angielski nie jest w domu językiem podstawowym. W efekcie, przez cały rok, kilka razy w tygodniu wraz w kilkorgiem innych dzieci z klasy (bo przyjeżdżających jest tu mnóstwo) przez dodatkową godzinę nauczycielka powtarzała z nimi zagadnienia o których była mowa na lekcjach i upewniła się, że zrozumiały kluczowe kwestie.

Prace domowe
Zadania domowe zadawane były w poniedziałek, na cały tydzień z góry. Odrobione miała oddać w piątek. (Weekend jest do odpoczywania.) Przy takim systemie musiała planować, codziennie zrobić coś, bo w jeden wieczór nie dałaby rady wykonać wszystkiego. Jednak w tym roku, w szkole ustanowiono inne zasady. W badaniach wyszło, że prace domowe nie przynoszą oczekiwanego pożytku, więc je zlikwidowano. W domu, zamiast odrabiania lekcji jest czas na czytanie książek i właśnie wspólnego czytania się od rodziców oczekuje, co jest powiedziane wprost.

Każdy jest godny.
I nieustający storytelling. Dzieci uczą się mówić o sobie – o swoich potrzebach, zainteresowaniach, co lubią, czego nie lubią, co sądzą, kim są. Cały czas przygotowują publiczne wstąpienia. Chwilami mam wrażenie, ze wszystko tu ludzie układają w historię.
I jeszcze: Yearbook. Pod koniec roku każdy dostaje album ze zdjęciami, nazwiskami, a nawet opisami uczniów i pracowników szkoły. Są tu wszyscy, również „pan od śmieci” i „pani, która przeprowadza nas przez ulicę.” Każdy jest „godny” by się tu znaleźć, bo bez jego pracy nie byłoby szkoły. Są częścią wspólnoty.
Po zakończeniu roku, gmina znów przeprowadziła sprawdzian z języka. Bratanica jest niemal w normie dzieci, które tu się urodziły. W kolejnej klasie spotka tylko jedną koleżankę z poprzedniego roku.

 
O edukacji na Stanfordzie, kliknij: tutaj
O najlepszych uniwersytetach świata, kliknij: tutaj 
O różnicach kulturowych między Polską a Doliną Krzemową, kliknij: tutaj.
O bezdomności w Dolinie Krzemowej, kliknij: tutaj.
O transporcie publicznym w Dolinie Krzemowej, kliknij: tutaj

Stanford University – na własne oczy. Spacer z obserwacjam

Tu wszystko jest przemyślane i skonstruowane tak, by sprzyjało interakcjom, rozmowie i wymianie. Są liczne kawiarnie i jadalnie. Wydziały są interdyscyplinarne – Stanford, to jakby miks akademii medycznej, politechniki, SGH i UW. Budynki są tak urządzone, by drogi studentów określonych specjalności przecinały się możliwie najczęściej. Pomieszczenia wykładowe są półokrągłe – by wszyscy mogli się widzieć. Ludzie o podobnych potrzebach zbijają się w grupy, choć dbałość o różnorodność jest tu bezdyskusyjna. „Diversity” – to słowo chyba słyszę w Kalifornii najczęściej.

Infrastruktura.

Campus ma powierzchnię zbliżoną do Żoliborza. Przydział do akademików jest losowy, ale studenci studiów licencjackich mieszkają w jednym miejscu, a magisterskich i doktoranckich w innym. Niektóre wydziały mają własne akademiki. Są też wielkie domy bractw, do których studenci studiów licencjackich mogą się dostać wykonując dziwne zadania. I są osiedla dla rodzin z dziećmi: domki-bliźniaki ustawione w krąg, z placem zabaw w środku. Po alejkach walają się rowerki, po ławeczkach książki. Jest tu siedem przedszkoli, w tym jedno w którym przeprowadza się na dzieciach eksperymenty – np. ten najsłynniejszy: „Masz tu słodycz, jeśli nie zjesz go przez kwadrans, dostaniesz takie dwa”.
Stanford niedawno zburzył cześć akademików by wybudować gigantyczne, wielopiętrowe osiedle studenckie. Z drewna, jak wszystko tutaj.
I jest przepiękna, cichutka dzielnica domów wykładowców – uczelnia wytworzyła wewnętrzny rynek nieruchomości.

Dzięki tonom przelanej wody, na kampusie jest zielono, ale wystarczy przekroczyć niewidzialny próg i o tej porze roku krajobraz przybiera barwy złoto-żółte. Niecka dziś porośnięta roślinnością wysuszoną na wiór (patrz zdjęcie z wiewiórką), przez kilka miesięcy w roku jest stawem, po którym można pływać kajakiem. Poza kampusem, bezspornie szczęśliwy żywot wiedzie ogród kaktusowy.

Od idei do infrastruktury.
Budynki wydziałowe i fantastyczna infrastruktura sportowa: stadiony, boiska, korty tenisowe zostały sfinansowane przez osoby prywatne, często absolwentów Stanford. Jeśli jesteś tu studentem, ile razy pomyślisz: „chodzili tymi alejkami, może i ja będę milarderem, jak oni”? To tu o zarodkach swoich pomysłów dyskutowali z kolegami założyciele Youtube-ów i innych Hewlett-Pacardów – choć ta ostatnia firma została założona przez dwóch wykładowców uczelni. Sfinansowali budowę dwóch budynków Inżynierii, które stoją obok siebie. Stanford zresztą został założony przez przedsiębiorcę kolejowego, który chciał coś po sobie zostawić, a jego syn przedwcześnie zmarł. Z pierwszych budynków i ogromnego kawałka ziemi powstała jedna z najlepszych uczelni na świecie! Rozkwitła, gdy otrzymała zlecenia od wojska – to początek historii Doliny Krzemowej. Tu nie daje się grantów na badania, tylko zlecenie na wyprodukowanie czegoś, co nie istnieje, z wiarą, że to zostanie wynalezione. Wartość firm, które tutaj powstały jest gigantyczna.

Na terenie kampusu jest tylko jeden sklep – z pamiątkami. I centrum handlowe – na granicy kampusu. Jest jeden kościół – wielowyznaniowy, którego proboszczem jest kobieta.
Teraz jest jeszcze pusto, trwają tylko szkoły letnie, ale za kilka tygodni przyjedzie tu kilkanaście tysięcy studentów – z wykładowcami i pracownikami administracji na pewno będzie tu ponad 20 tysięcy ludzi.
Polskich studentów przybywa tu z roku na rok, ale wieża, którą możecie zobaczyć na wielu zdjęciach, kryje w sobie dokumenty polskiej historii. Tu, z dala od Waszyngtonu i politycznych uwikłań, mieści się Instytut Hoovera – analizuje przyczyny wojen. Niemal 20% zgromadzonych tu dokumentów dotyczy Polski. Z ciekawostek: oryginalny rentgen czaszki Hitlera.
Dzięki Robert Kowalski! 

O edukacji w Silicon Valley, kliknij: tutaj.

O najlepszych uniwersytetach świata, kliknij: tutaj.

Szkoła podważania wszystkiego. Polacy na Oksfordzie

 

13.03.2014 

Poznałam już pewnie kilku przyszłych premierów Anglii


Zdziwiło ich. – Na rozmowie wstępnej nie było ani jednego pytania, które zmusiłoby mnie do wyrecytowania czegoś, przypomnienia sobie daty. Przytoczono kontrowersyjną myśl i musiałam się do niej ustosunkować. Profesor przedstawiał mi stanowisko przeciwne, przytaczał argumenty za nim i obserwował, jak reaguję. (Maria)

– Trzeba być aktywnym intelektualnie przez 18 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu! Normą jest, że oprócz uczenia się robi się mnóstwo innych rzeczy. Człowiek ciągle ma poczucie: nie zdążę! Tu nie ma słabych ludzi! (Mateo)

– Mieszkam nad rzeką i często o piątej rano budzą mnie odgłosy ludzi, którzy idą na trening wioślarski. Do dziewiątej ćwiczą tam setki ludzi. (Maria)

– Z Oksfordu się nie wylatuje. Tylko 2 proc. studentów rezygnuje przed ukończeniem. (Krzysiek)

– Hall-stołówka z filmu „Harry Potter” znajduje się w college’u Christ Church, mam tam kilkoro znajomych, często do nich chodzę na lunch. (Maria)

Sportowcy, olimpijczycy

Mateusz Kusio, 20 lat, pochodzi z Lublina, na Oksfordzie studiuje filozofię z teologią. Jest na II roku. W polskiej szkole zdawał maturę międzynarodową.

Maria Wilczek, 20 lat, urodziła się w Warszawie, ale przez sześć lat mieszkała w Anglii, a siedem w Turcji. Tam zrobiła maturę międzynarodową. Studiuje na II roku PPE (polityka, ekonomia i filozofia).

Maciek Lisik z Wrocławia, 23 lata, jest na I roku magisterskiej ekonomii. Zrobił licencjat z ekonomii na prestiżowej London School of Economics (jako jeden z trojga najlepszych).

Mateusz „Mateo” Mazzini, 24 lata, też z Wrocławia, studia licencjackie zrobił na uniwersytecie w Walii. Na Oksfordzie jest na I roku magisterskiej latynoamerykanistyki.

Krzysiek Bar, 24 lata, z Krakowa, doktorant na informatyce kwantowej, w Oksfordzie studiował wcześniej matematykę z informatyką. Jest szefem Federacji Polskich Stowarzyszeń Studenckich w Wielkiej Brytanii.

Radek Nowak, 25 lat, z Rabki, robi multidyscyplinarny doktorat z biochemii, na Oksfordzie skończył inżynierię informatyczną i biomedyczną.

Niemal wszyscy byli laureatami bądź finalistami olimpiad przedmiotowych i uprawiali sport. Ich rodzice są inżynierami, prawnikami, przedsiębiorcami, uczą w szkołach lub na wyższych uczelniach. Rodzice Marysi to dyplomaci.

90 proc. – żeby się dostać

– Do 15 października trzeba wypełnić aplikację. W czterech tysiącach znaków napisać, dlaczego nadajesz się na wybrane studia. Podać przewidywane oceny maturalne i dołączyć list rekomendujący od jednego z nauczycieli. (Mateusz)

– Polskich nauczycieli trudno nakłonić, by napisali tak, jakby ktoś był geniuszem. (Maciek)

– Uczelnia zaprasza wybranych kandydatów na rozmowy.

Miałem dwie: z filozofii i teologii. Na pierwszej dostałem artykuł, na drugiej fragment Ewangelii i o nich rozmawialiśmy. (Mateusz)

– Na inżynierię rozwiązuje się zadania, zwykle nietypowe. (Radek)

– Patrzyli na sposób myślenia, dobór argumentów. (Mateusz)

– I czy cię to w ogóle interesuje. (Maria)

– Do tego test i esej do napisania. Kto się zakwalifikował, na przełomie roku dostaje ofertę z informacją, jakie oceny musi mieć na maturze, by podjąć studia. Ja dostałem ofertę na 40 punktów. To wysoki próg, bo matura międzynarodowa to maksymalnie 45 punktów i znam tylko jedną osobę, która tyle dostała. (Mateusz)

– Moja oferta wymagała matury z matematyki na 85 proc. i 80 ze wszystkich matur. Teraz oferty są na ok. 90 proc. Zdecydowanie łatwiej Polakowi dostać się na nauki ścisłe, bo matematyka jest taka sama we wszystkich językach. (Krzysiek)

120 proc. – dajesz z siebie

– Po śniadaniu jedziemy na rowerach na wykłady. Często bywam na wielu niezwiązanych z moim kierunkiem, np. dla fizyków o nieskończoności. Są niezwykle ciekawe, prowadzone z dużym poczuciem humoru. Wszystkie otwarte i nieobowiązkowe. Żal nie chodzić. (Maria)

– Po lunchu zaczynają się tutoriale, coś jak seminaria. Specjalista najwyższej klasy spotyka się z trzema, czterema osobami na dyskusję naukową. Zazwyczaj wcześniej muszę napisać esej na zadany temat. Esej otrzymuje komentarz. Nie ocenę! (Mateusz)

– Dobry tutorial poznaje się po tym, że po trzech godzinach przenosisz się z tutorem do pubu, by kontynuować dyskusję. Stajemy się jak przyjaciele, mówimy sobie na ty. Ostatnio jednego z moich profesorów zobaczyłam w telewizji BBC, bo jest autorem głośnej teorii. Od razu poszłam do niego na herbatę, żeby popytać o szczegóły jej powstawania. (Maria)

– Na sześć stron mojego pierwszego eseju z socjologii dostałem dwie strony negatywnego komentarza. Napisałem do mojej profesor: „Nie ma w nim nic, co ma jakąkolwiek wartość?”. A ona mi w indywidualnej rozmowie wyjaśniła: „Im częściej piszesz, tym częściej wystawiasz się na komentarz. A im więcej masz komentarzy, tym więcej błędów masz wypunktowanych”. Ludzie po pięć razy piszą ten sam esej. (Mateo)

– Każdy esej jest bombardowany komentarzami, bo Oksford uczy podważania. Gdy czytamy klasyków, nigdy nie mamy ich teorii pamiętać, tylko zbudować na nich nową wizję. (Maria)

– Tutoriale i wykłady (łącznie pięć-osiem godzin w tygodniu) mają dać podstawę i pokazać, jak szukać. Zdobywanie wiedzy jest pracą indywidualną. Do jednego eseju muszę przeczytać 100 stron, a esejów jest 12 w trymestrze. Każdy esej to 2000-2500 słów. Biblioteki są moją bazą, stamtąd chodzę na zajęcia i wracam. Są otwarte całą dobę. (Mateusz)

– Co tydzień muszę przeczytać 500-600 stron gęstej analizy teoretycznej, przetworzyć to, napisać prace zaliczeniowe. A jeszcze trzeba pomyśleć: „to jest temat na artykuł”, i wysłać propozycję do redaktora w „The Times”, czy „New Eastern Europe”. (Mateo)

– W moim college’u filozofię z teologią studiują trzy osoby: ja, Anglik spod Oksfordu i Albańczyk z Macedonii, który większość życia spędził w Szwecji. Myślą inaczej niż ja, mają inne poglądy, interesują się zupełnie czym innym. Polecamy sobie lektury. Dyskutujemy. (Mateusz)

– Wiele rzeczy robi się z kolegami, w grupie. (Radek)

– Chcesz się rozwijać, by móc im zaproponować coś od siebie. Nawet rozmowy przy kawie są wymagające. (Maria)

– To nie jest konkurencja, bo my nie walczymy o te same dobra. Im więcej stworzymy, tym więcej tego będzie. (Mateo)

– Nie jest tak, że chcą ci coś udowodnić, wykluczyć. Oni chcą z tobą współpracować! Tutorzy dużo oczekują, ale i dużo z siebie dają. W tygodniu dostajesz kilka godzin ich całkowitej uwagi. (Maria)

– Jak ktoś obleje egzaminy, tutorzy mają problemy, że go nie przygotowali. (Mateo)

– Ci, którzy się na studia dostali, są w stanie przez nie przejść. Bardziej chodzi o to, jak to zrobią. Chcesz dać z siebie 120 proc., by dostać wszystko, co Oksford ma do zaoferowania. (Maria)

765 lat – tyle ma mój college

– Oksford składa się z wydziałów, a z drugiej strony z 44 college’ów – czyli wspólnot studentów i pracowników naukowych. Tu mieszkają, jedzą, mają biblioteki. W college’u może być do 700 studentów. (Mateusz)

– Mój college na studiach licencjackich był mały – ok. 160 osób – każdy obiad jedliśmy razem. Były długie ławy. Ktoś się przysiadał i wszyscy byli siebie ciekawi. Pokoje są pojedyncze. Dla kilku – wspólna kuchenka. (Radek)

– Mój college, St John’s, jest najbogatszy i to widać. Dotowane posiłki, bardzo ładne pokoje. Chciałem grać w tenisa – tu są bardzo ładne korty. (Maciek)

– W Nuffield College jest tylko 80 osób, sami magistranci i doktoranci. Każdy dostaje po 500 funtów (2,5 tys. zł) na książki, 500 – na elektronikę oraz gabinet oprócz sypialni. Mój college – św. Antoniego – jest najbardziej międzynarodowy, bo Brytyjczycy to tylko 8 proc. A średnia na uniwersytecie to 10-15 proc. studentów zagranicznych. (Mateo)

– Christ Church jest najbardziej prestiżowy, szczyci się tym, że miał więcej premierów brytyjskich niż reszta college’ów razem wzięta. (Maciek)

– Mój University College jest najstarszy na uczelni. Ma 765 lat. Pod oknem mojego pokoju zatrzymywały się wycieczki, przewodnicy opowiadali, że tu Bill Clinton palił, ale się nie zaciągał. (Krzysiek)

– College nadaje tożsamość. Jesteś stamtąd. Norman Davies jest w św. Antonim i Timothy Garton Ash, i oni ze mną rozmawiają inaczej. Nie faworyzują, ale traktują jak swojego. (Mateo)

300 stowarzyszeń studenckich

– Kolacja jest o szóstej. Raz, dwa w tygodniu w college’ach odbywają się tzw. formale. Trzeba przyjść w todze, z butelką wina i znajomymi. Rozpoczynają się wejściem profesorów, chórem, modlitwą po łacinie. Zamykają się ciężkie, drewniane drzwi. Zapala się świece, otwiera butelki, podaje pierwsze danie i zaczynają się rozmowy.

Są dziesiątki stowarzyszeń studenckich, które organizują swoje wydarzenia: ekonomiczne, polityczne, prawnicze, historyczne. Wszystkich zachęca się, by spróbowali nowych rzeczy, poczuli się za coś odpowiedzialni. (Maria)

– Są stowarzyszenia narodowe: Polska, Litwa, kraje azjatyckie, Ameryki Południowej. My robimy andrzejki – imprezę taneczną, z wróżbami i przekąskami. (Radek)

– Jak do kin wchodził „Wałęsa”, zorganizowaliśmy wyjście dla osób zainteresowanych polską kulturą. Były spotkania z Leszkiem Balcerowiczem, Jerzym Buzkiem, Danutą Hübner, Hanną Gronkiewicz-Waltz, Aleksandrem Kwaśniewskim i wieloma innymi. (Maria)

– Stowarzyszenia zapraszają niezwykłe osoby z całego świata – przynajmniej raz w tygodniu trzeba pójść na wykład gościnny. I jest taki snobizm, że im temat jest dalszy od twojej dziedziny, tym lepiej, bo to znaczy, że masz szerokie horyzonty. Nas uwiódł Timothy Snyder, który opowiadał o teorii Holocaustu według Hitlera – teraz jeździmy na jego wykłady do Londynu. Innym razem psycholog kliniczny opowiadał, jak się w mózgu formuje fundamentalizm religijny. Kosmos! (Mateo)

– Jest stowarzyszenie blind wine tasting – umiejętność rozpoznawania win. Spotykają się znawcy Tolkiena. Wszystkie drużyny sportowe. Ja mam próby taneczne. (Maria)

– Filmy, muzyka, instrumenty wszelkiego rodzaju. (Mateusz)

– W zeszłym roku studenci literatury wystawili „Kupca weneckiego” na gondolach. „Doktora Fausta” grano przed katedrą. Przedstawienie zakończyło się przy światłach, gdy było już zupełnie ciemno. Bardzo lubię czwartkowe debaty w Oxford Union, najbardziej prestiżowym i najstarszym stowarzyszeniu debat na świecie – ma 189 lat. (Maria)

– Każdy student lub wykładowca Oksfordu po roku może zostać dożywotnio członkiem tego stowarzyszenia. Jest ono niezależne od uczelni, co w historii gwarantowało wolność wygłaszanych tam poglądów. (Maciek)

– W każdej debacie występują po cztery osoby za i przeciw jakiejś sprawie, np. legalizacji małżeństw homoseksualnych czy używaniu na wojnach dronów. (Maria)

– Zazwyczaj po każdej stronie występuje jeden student i trzy osoby merytorycznie związane z tematem – często są to parlamentarzyści brytyjscy. (Maciek)

– W strojach „white tie” (smoking) i sukniach do ziemi. Non stop drażnią się komentarzami, flirtują z widownią. Ale też stanowczo bronią poglądów. Genialny pokaz retoryki! (Maria)

– Towarzyszą temu śmiechy, krzyki, brawa widowni. Radek Sikorski prawie został szefem Oxford Union, przegrał o parę głosów. (Maciek)

– Uczestniczę w żywej wspólnocie żydowskiej. Chodzę często na wieczerzę szabasową. Zapada zmierzch i zaczyna się czas sakralny. My przestaliśmy już myśleć w ten sposób o niedzieli. (Mateusz)

– Są trzy duże imprezy polskich społeczności uczelnianych: kongres, konferencja naukowa i forum ekonomiczne. To pokazuje, że Polacy są aktywni w debacie publicznej na najlepszych uniwersytetach. Współpracują ze sobą i budują wizerunek Polski w świecie. (Maciek)

– Uniwersytet nie daje pieniędzy na działalność stowarzyszeń – to zasada. Słuszna, bo uczy przedsiębiorczości. Granty od uniwersytetu są tylko na sport. Byłem prezesem klubu siatkarskiego, mieliśmy sześć drużyn, z budżetem 20 tys. funtów, tylko 3 tys. pochodziły z uczelni. (Krzysiek)


– Pieniądze na działalność stowarzyszeń pochodzą głównie ze wsparcia biznesu – staramy się o środki od firm. (Maciek)

– Stowarzyszenie Polskich Studentów w Oksfordzie walczy o każdego funta. (Krzysiek)

45 tys. zł – kosztuje rok studiów

– W Wielkiej Brytanii studia licencjackie kosztują 9 tys. funtów (45 tys. zł) za rok. (Maria)

– Studenci Oksfordu w trakcie roku akademickiego nie mogą pracować. Ale jest pożyczka rządowa, która pokrywa te koszty. Prawie wszyscy ją biorą. (Mateusz)

– Oprocentowanie jest niemal takie jak inflacja. (Radek)

– Po podjęciu pracy potrącają z pensji niewielkie sumy, ale tylko jeśli masz dochody powyżej 21 tys. funtów rocznie. (Mateusz)

– Jeśli przez 30 lat nie będziesz zarabiać takiej sumy i nie spłacisz pożyczki, dług zostaje umorzony. (Maria)

– Poza czesnym jest rachunek za college – czyli opłaty za mieszkanie, jedzenie. Na trymestr ok. 1000-1300 funtów (5-6,5 tys. zł). Dostaję pomoc od college’u, więc zazwyczaj muszę zapłacić ok. 600 funtów. Jedzenie na mieście czy zakupy w sklepie – to dodatkowo 250 funtów na trymestr (1250 zł). Raz w miesiącu rodzice wysyłają mi obfite paczki żywnościowe, co jest praktyką bardzo popularną. Do tego trzeba doliczyć przeloty do domu. (Mateusz)

– Studenci z Wielkiej Brytanii mogą wziąć tę rządową pożyczkę również na koszty utrzymania. My nie możemy. (Radek)

– Na studiach doktoranckich mam stypendium, ale na poprzednie cztery lata rodzice wydali na mnie ok. 30 tys. funtów (150 tys. złotych). Mój tata nie mógł studiować za granicą, więc gromadził pieniądze na studia dla nas. (Krzysiek)

– Na studiach licencjackich na LSE żyłem ze stypendium od założyciela linii lotniczych Easy Jet, który skończył tam ekonomię i co roku funduje dziesięć grantów. (Maciek)

– Na Oksfordzie nie ma stypendiów na studiach licencjackich. Możesz dostać maksymalnie 200 funtów na trymestr od college’u. College ma pieniądze z darowizn. Przez setki lat ludzie w testamentach przekazywali pieniądze i nieruchomości. College jest właścicielem powierzchni handlowych, biurowych. 37 proc. absolwentów mojego college’u regularnie przekazuje mu pieniądze – to kilka milionów funtów rocznie. Kapitał jest inwestowany. (Krzysiek)

– Przeciętny student angielski po studiach licencjackich ma do spłacenia 25-27 tys. funtów. Na studia magisterskie i doktoranckie nie ma pożyczek rządowych, tylko komercyjne. Jak dług ma dojść do 60 tys. funtów, wahają się. (Mateo)

– U nas podejrzanie się patrzy na osoby z licencjatem, a w Anglii może jeden na pięciu dalej się uczy. Moje studia magisterskie są szczególnie drogie – 15 tys. funtów rocznie (75 tys. zł) za samo czesne, do tego koszty życia. Studia są dwuletnie. Ja dostałem stypendium od Economic & Social Research Council, organizacji finansowanej przez rząd brytyjski. Pokrywa wszystkie koszty. Jeśli pójdę na studia doktoranckie, przedłużą mi je na kolejne lata. (Maciek)

– Gdańsk funduje stypendium im. Fahren-heita kilkudziesięciu swoim maturzystom, którzy dostali się na zagraniczne uczelnie. Innych stypendiów dla studiujących za granicą właściwie nie ma. Budowanie bazy wsparcia finansowego dla polskich studentów to jeden z głównych celów działalności Forum Polskich Stowarzyszeń Studenckich. Przekonujemy darczyńców, by te stypendia ufundowali. (Krzysiek)


90 proc. absolwentów ma po roku dobrą pracę

– Po II roku dostałem się na staż do banku inwestycyjnego w City, w dziale fuzji i przejęć. Wynagrodzenie było takie jak dla analityków zatrudnionych na stałe. Praca od dziewiątej do trzeciej-czwartej nad ranem. Oczywiście też w weekendy. Przy dużych obrotach i wszystko na już. Fascynują mnie rynki finansowe i fajnie było zobaczyć, jak to działa. Dużo się uczyłem. Po stażu dostałem ofertę stałej pracy. (Maciek)

– W Polsce pracodawca nie patrzy, jaką mam ocenę na dyplomie, a ja powinienem dziękować Bogu, że z humanistycznym wykształceniem zechciał mi dać robotę. W Anglii mam dyplom z wyróżnieniem z dwóch kierunków, sześć staży, referencje od pani konsul, znam języki, dyplom Oksfordu zaraz będę miał – wiem, że to jest wartość i mam prawo stawiać warunki. (Mateo)

– Rok od dyplomu ponad 90 proc. studentów Oksfordu ma dobrą pracę. (Maciek)

– W dzisiejszych czasach gwarancje nie istnieją. Oksford jest bardzo dobrą piłą mechaniczną, ale las trzeba wykarczować samemu. (Mateo)

Kilkaset osób – mój krąg biznesowy

– Tu poznałem teologię świecką. Jestem teraz bardziej otwarty na prądy liberalne. W Anglii procesja Bożego Ciała idzie chodnikiem i trzeba uważać, żeby nie potrącił cię samochód. Ale tutaj jest miejsce dla każdego. (Mateusz)

– Mam większą motywację do nauki, niż miałbym w Polsce. (Krzysiek)

– Dzięki nocom przegadanym z ludźmi z innych kierunków czujesz się, jakbyś studiował je wszystkie naraz! (Radek)

– Oksford dał mi przyjaźnie. W najbliższym kręgu pięć-sześć osób. Dobrych znajomych zostanie pewnie 30. I biznesowy krąg, sieć kontaktów – na pewno kilkaset osób. (Krzysiek)

– Poznałam już pewnie kilku przyszłych premierów Anglii. (Maria)

– Zaskoczyło mnie, że w grupie tak silnych indywidualności można żyć bez zgrzytów. Kompromis jest kluczem. Nie sztuka postawić na swoim. (Mateo)

– Moje wartości raczej zrealizowały się na Oksfordzie, niż zmieniły. (Maria)

– Moja rodzina jest dla mnie ważna, moja wiara. Priorytetem jest zostać mądrym, dobrym człowiekiem i wieść szczęśliwe życie. Cenię Oksford, bo czuję, że on to życie do mnie przybliża. (Mateusz)

Kilka lat chcę pracować za granicą

– Oksford inwestuje w młodych nie po to, by świat konserwowali, tylko go twórczo zmieniali. (Mateusz)

– W perspektywie kilku lat powrót do Polski i praca nad własnym biznesem. (Maciek)

– Najpierw w firmie farmaceutycznej – Polska albo Niemcy, Szwajcaria. Potem chcę otworzyć firmę w Polsce. (Radek)

– Najpierw w konsultingu, bo najwięcej można się nauczyć. Przez kilka lat w Anglii. Potem przejście na kierownicze stanowiska w firmach z WIG20. A potem bardzo bym chciał przejść do sfer rządowych. (Krzysiek)

– Chciałbym kontynuować karierę akademicką. W Wielkiej Brytanii, bo tam są lepsze warunki rozwoju. (Mateusz)

– Gdybym wybrała karierę akademicką, byłoby mi łatwiej zostać tam. (Maria)


– Myślę o doktoracie i chcę go robić w Oksfordzie, Cambridge albo Londynie. Potem parę lat pouczyć. Może w Oksfordzie czy na Harvardzie? Ale nie wykluczam, że będę chciał wrócić do Polski i np. w Ministerstwie Nauki pracować po kilkanaście godzin na dobę, żeby polskie studia stały się przygodą z jakością! (Mateo)

Dwa światy

– Wielka Brytania to kraj bardzo porządnie ułożony. Na uczelni o nic nie trzeba prosić, wszystko robi sama z siebie. Elektronicznie, często w pół godziny można dostać odpowiedź. W zasadzie nie zdarza się, żeby profesorowie uczyli na więcej niż jednej uczelni. (Maciek)

– Jest merytokracja. Ludzie wolą poprzeć kogoś, kto ma inne poglądy, ale ze względu na swoje kompetencje i dokonania będzie podejmował lepsze decyzje. Jak masz rację i podpierasz to danymi, oczekuje się, że to głośno powiesz. Bez względu na staż. (Krzysiek)

– Tam można bardziej otwarcie krytykować instytucję, w której się jest, bo nieustannie szukają sposobów, by ją ulepszyć. (Mateo)

– PRL był opresyjny wobec inicjatywy, a zachodnie społeczeństwa są zbudowane na tym, że ludzie się wychylają, nie boją ryzyka, odpowiedzialności. (Maciek)

– Są różnice między Polską a Anglią, ale nie miałem szoku kulturowego. Jak w domu czuję się tylko w Polsce, w Lublinie. Ale w Oksfordzie nie czuję się obcy! Oksford tworzy moje przyszłe życie. Dostałem się tam, wiec czyje jest to miejsce, jeśli nie moje?! (Mateusz)

– Nam nie jest źle z tym, że jesteśmy Polakami! A w porównaniu z Brytyjczykami moje spojrzenie jest szersze, bo w wakacje gram w kosza z kolegami z rejonowego gimnazjum – niektórzy z nich następnego dnia wstają o 5.30, by o 7 zacząć pracę magazyniera. (Mateo)

– W Londynie absolwenci zarabiają kilkadziesiąt tysięcy funtów rocznie, ale są jednymi z tysięcy. W Warszawie jest się jednym z setek. Zarabia się połowę tego, co w Londynie, ale ważniejsze jest, ile się nauczysz i kiedy wejdziesz do zarządu. W Polsce to łatwiejsze. (Krzysiek)

– Na stażu w Warszawie sam chodziłem na spotkania z członkami zarządu naszego klienta – dużej spółki. W Anglii byłoby to nie do pomyślenia. (Maciek)

– Mam poczucie, że byłoby nie w porządku, gdybym nie wrócił. Wewnątrz czuję, że trzeba zrobić wszystko, co w naszej mocy, by poprawiać sytuację Polski. (Krzysiek)

– Jeżeli mieliby to robić ludzie, którzy nigdy nie mieszkali poza Polską, skąd mieliby wiedzieć, jak to może wyglądać? (Maciek)

– Nie wszyscy wrócimy. Na imprezach polskiego stowarzyszenia cały czas spotykam studentów, o których nie wiedziałem, że są Polakami. (Krzysiek)

– Dziewczyna, z którą tańczyłem na studniówce? W sierpniu, w Rabce, będziemy mieli góralskie wesele. (Radek)

„Polskiego Oksfordu nie będzie” – rozmowa z prof. Januszem Czapińskim i jego synem Janem studiującym w Bolonii w sobotnim „Magazynie Świątecznym”

Polacy za granicą
Za granicą studiuje obecnie między 30 tys. a 40 tys. polskich studentów (a zagraniczne uczelnie skończyło już ponad 80 tys. Polaków). Większość studentów wybiera Wielką Brytanię i Niemcy (po ponad 10 tys. studentów.) Po 2-3 tys. Francję, Austrię i USA. Mniej we Włoszech, Hiszpanii, Danii, Holandii, Irlandii i Belgii. Polscy studenci na najlepszych na świecie uczelniach (według tegorocznego QS World University Rankings):
1. Massachusetts Institute of Technology (MIT) – 3.
2. Harvard University – 30.
3. University of Cambridge – ok. 200.
4. UCL (University College London) – 188.
5. Imperial College London – 117.
6. University of Oxford – ok. 200.
Na studia licencjackie na Oksfordzie dostaje się co roku 20-25 Polaków, co dziesiąty chętny. Jest już około 500 polskich absolwentów tej uczelni.
(Dane OECD, UNESCO, Eurostat).

Na Oksfordzie
Na uczelniach Wielkiej Brytanii działa kilkadziesiąt polskich stowarzyszeń studenckich zrzeszonych w Federacji. Wspólnie pozyskują środki na działalność (od firm, organizacji rządowych i pozarządowych oraz od absolwentów).
W tym roku polscy studenci już po raz trzeci organizowali Forum Ekonomiczne (z budżetem powyżej 20 tys. funtów) w London School of Economics, po raz siódmy polski kongres (w tym roku odbył się w Oksfordzie i był podsumowaniem dziesięciu lat Polski w Unii Europejskiej) oraz konferencję „Nauka. Polskie perspektywy” na Cambridge. Imprezy te gromadzą po kilkuset uczestników.
Polskie stowarzyszenia zapraszają na nie prezesów największych polskich firm i np. zachęcają do podniesienia poziomu praktyk, tak by studenci rzeczywiście się na nich uczyli. Studentom z kraju pokazują z kolei, jak organizuje się praktyki w Wielkiej Brytanii, by byli bardziej wymagający w stosunku do polskich pracodawców.

 

Absolwenci wracają, Oksford nie robi wrażenia

26.06.2014 

Jak ktoś wraca do Polski po takich studiach, to pracodawcy podejrzewają, że coś z nim nie tak. Widocznie mu się tam nie udało, pewnie jest słaby. Poza tym zachodzi obawa, że się będzie mądrzyć

Skończyli Oksford, Cambridge, Harvard. Uważają, że nauczyli się tam: niezależnego i elastycznego myślenia, samodzielnego analizowania informacji i znajdowania nieoczywistych odpowiedzi, pracy pod presją czasu i etyki pracy, konstruowania argumentów i otwartości na współpracę.

Wrócili, bo tu kariera idzie zdecydowanie szybciej, a konkurencja jest mniejsza. Niektórzy nigdy nie rozważali emigracji, a niektórzy postanowili wrócić, by dzieci dorastały wśród bliskich ludzi.

Łączy ich jedno: w Polsce dyplom najlepszych zagranicznych uczelni nie robi na nikim wrażenia. A jeśli już, to budzi lęk.

W Londynie nie dostałbym takiej pracy

Dr Jakub Szamałek, 28 lat, archeolog – licencjat i magisterkę zrobił na Oksfordzie, doktorat w Cambridge. Od dwóch lat mieszka w Polsce.

– O studiach w Anglii pomyślałem w drugiej klasie liceum, bo moja dziewczyna wyjeżdżała na uczelnię do Bristolu. Dwa lata później pojechałem do Oksfordu, a ona co tydzień do mnie przyjeżdżała. Doktorat robiła w Cambridge, ja do niej dołączyłem. Dziś jest moją żoną.

Kiedy zaczynałem studia, spodziewałem się dyskusji po świt. Bywały, ale gdy całym rokiem wyszliśmy do pubu, a mój przyjaciel Hiszpan opowiadał mi, co wyczytał w „Journal of Roman Archeology”, pozostali postulowali, byśmy przestali gadać o Rzymianach, bo idziemy się napić.

W świecie anglosaskim dyplomy Oxbridge (Oksford i Cambridge) są glejtem, który dopuszcza ludzi do drabinki kariery. Gwarantują, że kandydat jest na poziomie i można go przyuczyć do rozmaitych zadań. Dlatego na studiach licencjackich jest bardzo wielu ludzi, których sam przedmiot studiów nie interesuje. Przez bardzo drogie prywatne szkoły zostali przygotowani do egzaminów, bywa, że pod konkretnego egzaminatora. Dziś mają dobre prace – są menedżerami w sklepach, pracują w bankach, w firmach konsultingowych, w BBC, w służbie cywilnej. Oczywiście także w muzeach, domach aukcyjnych i na wielkich budowach świata. Ale czytałem w „The Telegraph”, że pół roku po dyplomie 5 proc. absolwentów Oksfordu przyznaje w ankiecie, że wykonuje pracę kelnera lub sprzedawcy w sklepie. Bezrobotnych jest kolejnych 6 proc. Po archeologii co piąty absolwent pół roku po ukończeniu studiów nie miał pracy.

W Polsce idealizuje się Oxbridge. Tam jest dużo snobizmu. Miałem znajomych, którzy podczas jednego wyjścia wydawali 100 funtów, a mnie to musiało wystarczyć na trzy tygodnie. Mroziłem przywożone z Polski kabanosy. College’e mają piękne jadalnie i można przyjść w todze na wykwintną kolację, tzw. formal, ale to kosztuje. Raz w miesiącu wyskrobywałem te funty. Jest tradycja balów, na które trzeba przyjść w smokingu – wypożyczenie go kosztuje kilkadziesiąt funtów, bilet 120.

Zdarzało się, że zaczynałem z kimś rozmawiać, ale gdy wyczuwał, że mam akcent, albo dowiadywał się, że jestem z Polski, tracił zainteresowanie. Kumplowałem się głównie z obcokrajowcami i Anglikami z północy – z Manchesterów, Yorków – też byli poza tym nawiasem.

Dziś już nie mam kompleksów na tym punkcie. Kiedy okazało się, że jestem wśród najlepszych studentów na roku, zacząłem myśleć: „Może przyjechałem z zaściankowej Polski, o której nic nie wiecie, ale liczy się, co mam w głowie”. Dostałem wysokie stypendium, poszedłem na pierwszy bal.

Na studia magisterskie i doktorat idą ludzie już bardzo mocno zdeterminowani, żeby się zajmować nauką. Ale mnie w połowie doktoratu świat akademicki zmęczył i znudził. Zacząłem pisać powieści, co sprawiało mi dużo większą radość niż praca naukowa. Obie moje książki – „Kiedy Atena odwraca wzrok” i „Morze Niegościnne” – zebrały dobre recenzje, zostały nominowane do nagród, coś wygrały, ale nie da się z tego żyć.

Lubiłem grać w gry komputerowe, więc kiedy zobaczyłem ogłoszenie, że CD Projekt RED – firma, która produkuje „Wiedźmina” – szuka pisarza do zespołu, wysłałem podanie o pracę. Jedyne w życiu. W kwietniu 2012 roku złożyłem doktorat, w maju rozpocząłem pracę. Pierwsza pensja – parę tysięcy złotych. Dla moich szefów ten Oksford, Cambridge to tylko ciekawostki. Zostałem zatrudniony, bo piszę ich zdaniem fajne dialogi. Sprawdzili to podczas rekrutacji.

W Londynie, Montrealu czy w Nowym Jorku nie dostałbym pewnie takiej pracy, bo tam jest dużo więcej ludzi, którzy już wiedzą, jak się produkuje gry, pokończyli specjalistyczne szkoły.

Wieczorami siadam do swoich książek. Na godzinę, dwie. Staram się napisać porządne cztery strony. Gdyby nie te studia, nie potrafiłbym pracować w taki sposób. Dostawałem temat eseju i niezależnie od tego, czy mnie bolał brzuch, czy padało, trzeba było go napisać, i to dobrze. Te studia uczą etyki pracy, umiejętności kojarzenia faktów, logicznego myślenia, konstruowania argumentów – bardzo szybko, pod presją. Oczekiwano twórczego rozwiązywania problemów. Teraz wchodzę w tematy, o których nic nie wiem, i myślę: ale super! Nie byłem taki przed studiami.

Moja żona miała bardzo dobrze płatną pracę w Londynie. Studiowała geologię i biologię, zrobiła doktorat z geochemii. W CV ma uniwersytety w Genewie, Bristolu, Cambridge, stypendia, wyróżnienia i publikacje w prestiżowych czasopismach. Miała oferty pracy w koncernie wydobywczym, propozycję wyjazdu do Stanów i współpracy ze szwedzkimi ośrodkami naukowymi. Przyjechała tu. Rozesłała aplikacje w ponad sto miejsc. Ponad pół roku odbijała się od ścian. Zakulisowo słyszała, że jej nie przyjęto, bo zachodziła obawa, że się będzie mądrzyć. Jak ktoś wraca do Polski po takich studiach, to jest podejrzliwość – coś musi z nim być nie tak. Widocznie tam mu się nie udało, więc pewnie jest słaby. W końcu dostała pracę. Po roku ją zmieniła i teraz jest bardzo zadowolona, ale nie chce o tym publicznie rozmawiać.

Dobrze nam się tu żyje: oboje zarabiamy przyjemnie, mamy mieszkanie. Ale mam znajomych w Kanadzie, Niemczech, pracują dla Google’a w San Francisco, jako prawnicy w Londynie. Jak będę chciał pomieszkać w Nowym Jorku, Sydney czy Toronto, wiem, że znajdę tam pracę.

Nie myślałem o emigracji

Krzysztof Kokoszczyński, 26 lat, politolog, cztery lata studiował w Kanadzie, dwa w Oksfordzie. Od roku mieszka w Warszawie.

– Jestem dzieckiem środowisk akademickich – Oksford, Cambridge były zawsze moim marzeniem. W Oksfordzie nieraz musiałem pracować po 11 godzin na dobę, w innych warunkach kulturowych. Poradziłem sobie i to buduje poczucie własnej wartości – czuję się gotów na wyzwania. Studia mnie nauczyły, że dziś liczy się przede wszystkim mobilność i elastyczność. Nie planuję kariery dalej niż kilka lat naprzód.

Interesują mnie Unia Europejska, kierunek wschodni (Ukraina, Białoruś, Rosja), polityka bezpieczeństwa i polityka zagraniczna. Chciałbym być wykładowcą, ale potrzebuję przerwy od środowiska akademickiego.

W Anglii pracowałem dla jednej z większych organizacji analitycznych, ale możliwości rozwoju były niewielkie i praca płatna od zlecenia. Koleżanka po zbliżonym kierunku zarabia tam nominalnie kilka razy więcej niż ja tu, ale żyje dalej od centrum, więcej wydaje na transport, jedzenie. Zostaje jej dużo mniej niż mnie tutaj.

Właściwie nigdy nie rozważałem emigracji. Wyjechałem się uczyć, a wiedzę wróciłem stosować tu. W Warszawie jest kilkadziesiąt instytucji, które zajmują się tym, czym ja – fundacje, ośrodki analityczne typu PISM (Polski Instytut Spraw Międzynarodowych) czy OSW (Ośrodek Studiów Międzynarodowych), Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Wysłałem 20 aplikacji, odpowiedzi dostałem z 12 miejsc, trzy zaprosiły mnie na rozmowę. Pytałem wprost: czego mnie nauczycie? Na jednej usłyszałem: „Rozwój? W wolnym czasie i poza firmą. Tu się pracuje!”. W Polsce pracodawcy nie inwestują w pracownika – to on ma w siebie inwestować.

Wybrałem pracę dziennikarską w portalu Euractive.pl, gdzie wprost mi powiedzieli, jakie szkolenia dla mnie mają. Podobała mi się różnorodność tematów, za które miałem odpowiadać. Możliwość zdobycia kontaktów i doskonalenia umiejętności pisania. Musiałem pokazać kilka własnych tekstów. Pojawił się temat dyplomu, ale ukończenie Oksfordu nie miało decydującego znaczenia. Jesteśmy oddziałem międzynarodowej sieci i kultura pracy jest europejska. Rozliczany jestem z jej efektów i jakości. Jak wykonam zadanie w sześć godzin, mogę wcześniej wyjść, ale jeśli trzeba, zostaję po godzinach. Zarobki – poniżej średniej warszawskiej – pozwalają na wynajęcie mieszkania i samodzielne życie. Ceną może być to, że pracuję na umowę-zlecenie, czyli emerytura i ubezpieczenie zdrowotne to moja sprawa.

Dać synowi jego własne miejsce

Dr hab. Marta Szulkin, 33 lata, biolog, dziewięć lat w Oksfordzie. W Polsce od dziesięciu miesięcy. Zajmuje się procesami adaptacji zwierząt do środowiska naturalnego. Bada sikory modre na Korsyce.

– Od czwartego roku życia wiedziałam, że chcę być biologiem, naukowcem. Na trzecim roku Uniwersytetu Warszawskiego pojechałam na Erasmusa do Francji – badałam możliwość przepływu genów między małżami różnych gatunków. Jeździłam do Grecji pomagać w monitoringu żółwi morskich, a potem na kursy biologii tropikalnej do Afryki, gdzie spotkałam ludzi, którzy zrobili licencjaty w Cambridge i zaczynali magisterki w Oksfordzie. Zafascynowało mnie, co opowiadali o swojej edukacji: o wspieraniu niezależnego, twórczego myślenia, umiejętności dyskusji. Na czwartym roku złożyłam tam papiery. Zaprezentowałam m.in. wyniki z Erasmusa i się dostałam.

Dr Przemek Żelazowski, 35 lat, mąż Marty, w Oksfordzie spędził siedem lat.

– Po międzywydziałowych studiach ochrony środowiska na Uniwersytecie Warszawskim chciałem zrobić doktorat za granicą i aby podszkolić język, pojechałem na rok do Australii. Tuż przed wyjazdem się zakochałem, a ona ubiegała się o przyjęcie na Oksford. „Stracę ją”, myślałem, „albo też tam pojadę”.

Marta: Podczas rocznych studiów masz do wykonania dwa projekty magisterskie. Tam uczą pracować bardzo wydajnie. Porównywałam DNA kilkusetletnich kości olbrzymiego orła Haasta z Nowej Zelandii z DNA innych kości muzealnych, szukając najbliższych mu genetycznie krewnych. W drugim projekcie badałam wpływ środowiska na wzrost sikor modrych – zamieniałam pisklęta w gniazdach. Oba wykonałam w pół roku. Wróciłam skończyć polskie studia, ale chciałam jechać do Anglii na doktorat. I pojechałam.

Przemek: Dołączyłem do Marty. Chciałem się tam nauczyć specjalistycznych technik wykorzystywania danych satelitarnych. Na doktoracie w ramach współpracy z Hadley Centre (Exeter) mogłem uzyskać dostęp do komputerowych modeli Ziemi zawierających niemal całą dzisiejszą wiedzę na temat funkcjonowania przyrody. Taki model składa się z elementów: atmosfery, oceanów, ziemi, i uwzględnia bardzo wiele procesów fizycznych i chemicznych, które w nich i między nimi zachodzą. Dzięki temu można zbadać, jak konkretnego typu rośliny reagują z atmosferą, czyli np. jakie zmiany zajdą, jeśli temperatura powietrza podniesie się o 3 st. Celsjusza. Mój doktorat dotyczył obecnego i przyszłego rozmieszczenia lasów tropikalnych.

Marta: Oksford nauczył mnie myślenia elastycznego, żeby się nie zacietrzewiać w martwym punkcie. Nauczył samodzielnie analizować informacje – to jest ogromna wartość i dotyczy nie tylko życia zawodowego.

Ale byliśmy świadomi, że nie utrzymamy się tam do emerytury. Jest ogromne współzawodnictwo! Gdybym pracowała na 200 procent, nie zdecydowała się na męża i dzieci, może dałabym radę.

Przemek: Jak wrastaliśmy w Oksford, wydawało mi się, że jeszcze chwila i będziemy całkowicie zintegrowani. Z czasem doszedłem do przekonania, że pewnie nigdy to nie nastąpi. To bardziej kwestia kultury niż języka. Kiedy w prywatnych rozmowach Anglik mówi, że coś jest OK, nie mam pewności: tak uważa czy chce być miły? Jak zacznę drążyć, tak po polsku, zamyka się, bo to nie jest w ich stylu. Dużo poważniej zaczęliśmy myśleć o powrocie, jak się rozmnożyliśmy.

Marta: Chcieliśmy dać synowi miejsce, skąd jest, gdzie może tkać więzi społeczne. Choć po drodze przez ponad rok mieszkaliśmy w Rzymie, gdzie mąż pracował dla FAO – agencji ONZ.

Przemek: Tam doceniłem Oksford, gdzie jest dużo wolności do realizowania własnych pomysłów, otwartość na współpracę, elastyczność – to podstawa naszych osiągnięć naukowych. A w FAO biurokracja jest ogromna. Nawet mając tysiąc argumentów, ciężko było wywalczyć odstępstwo od wyznaczonej mi roli.

Marta: Ja pracowałam w domu, a zatrudniona byłam we Francji, gdzie często jeździłam. Miałam małe dziecko i byłam w ciąży, miała mi się urodzić córka.

Przemek: Miałem bardzo dobrą pensję, ale duża jej część szła na przedszkole, mieszkanie. Szybko doszliśmy do wniosku, że są kraje w UE, które funkcjonują gorzej niż Polska.

Marta: Kiedy zaczynałam doktorat, znajomi z najlepszych ośrodków w Polsce mówili: „Nie masz po co tu wracać”. Teraz mówią: „Jeżeli się pracuje na wysokim poziomie, tutaj dużo łatwiej niż za granicą pozyskać granty”.

Przemek: Jeśli na swój pomysł możemy dostać środki, dlaczego nie mielibyśmy pracować we własnym kraju?

Marta: Żeby być niezależna naukowo, eksternistycznie zrobiłam w Polsce habilitację. Dzięki reformom Kudryckiej procedura jest bardziej klarowna. Wydział Biologii Uniwersytetu Warszawskiego bardzo mnie wspierał. Będę chciała się zatrudnić w jakimś instytucie badawczym, ale w tym celu muszę najpierw napisać i dostać grant, a to duży i długi wysiłek.

Przemek: Z Oksfordu i Rzymu nawiązywaliśmy w Polsce kontakty. Najpierw mailowo, potem umawialiśmy się na spotkania. Środowisko naukowe jest mozaiką. Jedni mają słabą styczność z tym, jak działa nauka na świecie – dla nich jest się kolejną gębą do wykarmienia, która dodatkowo niesie ryzyko niestandardowych zachowań. Ale jest wiele jednostek naukowych na światowym poziomie, które uczestniczą w międzynarodowych grantach. W PAN-ie znalazłem grupę fantastycznych młodych naukowców o zainteresowaniach zbliżonych do moich. Mam tam część etatu – symboliczne pieniądze, ale mogę kontynuować działalność naukową. Też piszę grant.

Ale w Rzymie pojawił się pomysł na biznes. Dostałem dotację unijną i buduję nowy typ serwisu informacyjnego dla rolników. Nad Polską codziennie przelatuje kilka satelitów i gdyby połączyć dane o pogodzie z parametrami fizykochemicznymi ziemi, można z dnia na dzień porównywać, jak rośnie żytko, i pokusić się o prognozowanie plonów. Zatrudniam siedmiu programistów, których poznałem w PAN-ie, Oksfordzie i Rzymie. Wczesnym latem będziemy mieli prototyp.

Marta: Ciągle pracuję we Francji. Skończył mi się urlop macierzyński i wróciłam na pół etatu. Elastycznie podchodzą do mojej tam obecności.

Przemek: Nie mogę powiedzieć, że jestem ustawiony w Polsce. Przez kilka miesięcy można tak funkcjonować, mamy oszczędności, ale z nauki jest dużo trudniej zapewnić sobie ten poziom życia, jaki mieliśmy tam. Trudniej o wyjazdy, współpracę zagraniczną. Pod względem liczby projektów, ich jakości i czasu pracuję grubo ponad 100 proc. polskiej normy, a finansowo jest ciężko, podczas gdy stanowisko wykładowcy na przeciętnym uniwersytecie w Wielkiej Brytanii umożliwia godne, ciekawe życie. Próbujemy tu, ale nadal najczęściej sprawdzamy oksfordzkie skrzynki mailowe. Współpracuję z zagranicznymi ekspertami – to konieczne, jeśli chce się być dobrym – i zawsze mam możliwość podjęcia stałej lub czasowej pracy w ich ośrodkach.

Marta: Ale tu mamy duże wsparcie rodziny w opiece nad dziećmi. Moja mama mieszka po sąsiedzku. Mamy też wspaniałą nianię. W Anglii przy przyzwoitych pensjach i benefitach na dzieci zatrudnienie opiekunki nie było możliwe. Mamy mieszkanie, na pewno jest nam łatwiej, ale na razie żadne z nas nie ma tu takiej pracy, żeby samodzielnie utrzymać rodzinę.

Chciałem być prawnikiem tutaj

Dr Marek Niedużak, 33 lata, adwokat. Doktorat zrobił na UJ, w Cambridge drugiego magistra – z teorii, historii i filozofii prawa. Dziś współpracuje z think tankiem Polityka Insight, Akademią Koźmińskiego oraz Biurem Analiz Sejmowych.

– U fundamentów uniwersytetów Oksford i Cambridge leży myśl, że edukacja nie ma być praktyczna. Twórcy tych uniwersytetów wychodzili z założenia, że gdy nauczą człowieka analizować, gdy zrozumie on, jak myśleli Rzymianie i Grecy, budując swoje państwa, to da radę rządzić nawet Indiami. Imperium brytyjskim bardzo sprawnie kierowali historycy i klasycyści. W tym duchu dokonałem wyboru.

Druga ważna rzecz – system college’ów miesza studentów z różnych kierunków i moje najbardziej naukowo inspirujące rozmowy odbyły się przy lunchu z antropologiem kultury.

Na rynku prawniczym w Polsce dyplom z Cambridge to mocna pozycja w CV, ale bez studiów i aplikacji zrobionej w Polsce nie można wykonywać zawodu. Wróciłem do Polski, bo tu chciałem być prawnikiem.

Mężczyznom jest łatwiej wrócić. Polki są piękne, często tam znajdują chłopaków i zakładają rodziny. Częściej wybierają ścieżki humanistyczne, a tym kierunkom jest najtrudniej w Polsce o pracę. Chłopaki idą do biznesu ubitą drogą: McKinsey & Co. lub Boston Consulting Group – to takie fabryki dyrektorów – a potem do jakiejś firmy. Na Zachodzie jest większa konkurencja i żeby wejść do zarządu, często trzeba wrócić do Polski. Najwygodniej w ramach jednej firmy – poznać ludzi w centrali, potem się tutaj przenieść. Wiele takich karier widziałem.

Anglia to nie raj. Ceny nieruchomości w Londynie są na kosmicznych poziomach. Na północy tereny są biedne. W poprzemysłowych rejonach dużo narkotyków, najwyższy współczynnik nastoletnich ciąż. Państwowe szkoły mają niski poziom, więc trzeba płacić za prywatne, nieraz droższe niż wyższe uczelnie. Dzieci są od początku podzielone. Oksford i Cambridge, prywatne szkoły i praca w londyńskim City to doświadczenie niewielkiej, uprzywilejowanej grupy ludzi.

A w Polsce są dobre państwowe licea i gimnazja, w których zdolni – i bogaci, i biedni – mogą siedzieć w jednej ławce.

Taniej zacząć coś własnego

Kinga Lubowiecka, 25 lat, malarka i artysta fotografik. Sztukę studiowała rok w Londynie i trzy lata na Oksfordzie. Mieszkała tam od trzeciego roku życia, choć urodziła się w Krakowie (rodzice pracowali w Anglii). Od trzech lat jest w Polsce.

– Każdy absolwent szkoły artystycznej szuka miejsca, gdzie mógłby rozwijać swoją twórczość. Kraków to był oczywisty dla mnie krok. Interesuje mnie dawny, znikający już charakter miasta. Wiele moich prac do niego nawiązuje. Mieszkanie dziadka i stryjka pod Wawelem było wolne, więc trzy miesiące po skończeniu Oksfordu wprowadziłam się tam ze swoją pracownią i stworzyłam galerię The Green Room. Tak nazywa się pokój, w którym aktorzy (tu: młodzi artyści) czekają przed wejściem na scenę (tu: na szeroki rynek sztuki). W maju 2012 roku odbyła się pierwsza wystawa – studenci ASP w Krakowie i The Ruskin School of Art w Oksfordzie pokazywali pierwsze szkice swoich prac. Do tej pory odbyło się w galerii sześć wydarzeń.

Zamieszkałam w domu rodziców. Od 20 lat wracają i wrócić nie mogą. Dla mnie Polska to zupełnie nowy kraj. Ale i wyzwanie, bo nie mam akcentu, więc ludzie nie rozpoznawali, że nie wszystkie niuanse rozumiem. Na początku żyłam z udzielania konwersacji. Byłam na stażu w renomowanej galerii Zderzak, przeszło to w dorywczą pracę. W wakacje w Oksfordzie prowadziłam warsztaty fotograficzne.

Szukałam też pracy w dwóch korporacjach. Dostałam ofertę z działu obsługi klienta – interesowała ich moja znajomość języka niemieckiego, angielski nie jest już w Polsce atutem. Proponowali zarobki niższe niż średnia krajowa i uznałam, że ta praca nie umożliwi mi rozwoju artystycznego. Wtedy znalazłam ogłoszenie o pracy w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie – MOCAK to fantastyczne miejsce. Hasło „Oksford” otwiera drzwi na rozmowę, choć nie aż tak jak w Anglii. Pomogło mi to, że w wakacje pracowałam w Muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji, i oksfordzki, kreatywny sposób myślenia o sztuce. Wydawało mi się, że pracując na etacie, jestem w stanie rozwijać własne działania artystyczne, ale po półtora roku wiem, że nie. The Green Room wymaga dużo więcej energii.

Właśnie zakończyłam współpracę z MOCAK-iem. Chcę zarabiać na własnych pomysłach, głównie fotograficznych, i po pierwszych zleceniach widzę, że mi się udaje.

W Londynie pracy nie szukałam. Tam dużo się dzieje pod względem artystycznym, jest więcej galerii, muzeów, instytucji kultury, gdzie można pracować, ale utrzymanie z tych środków dwóch lokali jak w Krakowie nie jest możliwe. Tu łatwiej rozpocząć coś własnego.

Tu są możliwości

– Z 350 polskich absolwentów Harvardu ponad 200 osób mieszka w Polsce – mówi Krzysztof Daniewski, 46 lat, doradca edukacyjny, prezes Harvard Club of Poland, stowarzyszenia absolwentów. Założył fundację IVY Poland, która pozyskuje środki i przyznaje stypendia dla polskich studentów 22 najlepszych uczelni świata. – Na Harvardzie już nie jest obciachem powiedzieć: wracam do Polski. Kariera idzie tu zdecydowanie szybciej. W Stanach na ten sam zakres odpowiedzialności czeka się dłużej, bo konkurencja jest większa. W najlepszych firmach konsultingowych, bankach inwestycyjnych o każde miejsce walczy 100 osób.

Polskich studentów i absolwentów z dyplomami 25 najlepszych uczelni świata jest już 10-15 tys. Z Harvardu nie wracają w pustkę. Wszyscy wiedzą, że sobie pomagamy. W 2013 roku dostaliśmy nagrodę jako najlepszy klub absolwentów Harvardu na świecie. Co roku 220 stowarzyszeń walczy o ten tytuł.

Marek Niedużak: Decyzja o emigracji nigdy nie jest łatwa. Masz dziwny akcent, ludzie się zastanawiają, czy jesteś legalnie, i często pracujesz poniżej swoich możliwości intelektualnych.

Przemek Żelazowski: Na świątecznym spotkaniu absolwentów Oksfordu było ponad 100 osób – mnóstwo pozytywnych historii. Przewodni temat to dynamizm Polski, że to kraj możliwości. A w nowym rozdaniu funduszy unijnych będzie jeszcze większy nacisk na innowacje.

Marta Szulkin: Dużo się zmienia i to generuje szanse – jak ktoś ma chęć i determinację, może z nich korzystać.

Marek Niedużak: W mojej branży rynek warszawski a reszta kraju to niebo a ziemia. Poza Warszawą są mniejsze zarobki, dużo mniej ofert, więc znajomości dużo więcej znaczą.

Marta Szulkin: Lubimy Warszawę. Koło naszego domu jest wspaniały basen, place zabaw, urzędy gminy stały się przyjazne.

Marek Niedużak: Jest wiele ulic, gdzie jest mnóstwo knajpek. Zniknął ten moskiewski klimat – drogi klub i selekcja: ty wchodzisz, ciebie nie wpuszczamy.

Przemek Żelazowski: Woda w Wiśle zrobiła się czystsza. Już się nie mogę doczekać, jak skończą robić bulwary i będę jeździł do pracy rowerem.

Krzysztof Kokoszczyński: Jest system wypożyczalni rowerów Veturilo. Wandalizm jest marginalny.

Marek Niedużak: A jeszcze niedawno ekologia w ogóle nie była tematem. Wydawało się, że wyznacznikiem naszego rozwoju będą liczba supermarketów i drogie samochody na ulicach. Poza tym wybrałem to, co dla mnie ważne: relacje międzyludzkie w Polsce są głębsze.

Krzysztof Kokoszczyński: Bilans powrotu jest zdecydowanie na plus.

Zawsze coś tracisz

Marek Niedużak: Cokolwiek wybierzesz, zawsze coś tracisz. Tam można łatwo kupić dobre porto.

Jakub Szamałek: Brakuje mi londyńskich teatrów muzycznych. W Anglii prawo zobowiązuje do informowania, jak produkt był wytworzony. Tutaj nie wiem, czy to, co kupuję, zostało wyprodukowane z szacunkiem do środowiska i ludzi.

Marek Niedużak: Z Londynu do Neapolu na weekend można polecieć za funta. Przez to, że kiedyś mieli imperium, interesują się światem. Rozmawiają o tym, co się dzieje w Chinach czy Ugandzie. A Polska żyje Polską.

Kinga Lubowiecka: Tam jak pieszy jest blisko przejścia, ruch kołowy zwalnia, bo może będzie chciał przejść. W Polsce mało kto się zatrzyma.

Krzysztof Kokoszczyński: Drobne inicjatywy lokalne, jak zrobienie małego skwerku czy dzielnicowej uroczystości, tam ludziom łatwiej przychodzą.

Marek Niedużak: Z wielu rzeczy nie trzeba się tłumaczyć. Jesteś wegetarianką – nie ma problemu. Lubisz nosić czerwone rajtuzy do zielonej sukienki – OK, tak lubisz.

Jakub Szamałek: Tam uniwersytety uczą kultury wypowiedzi. Promotorzy mówili mi, co jest w mojej pracy dobre i co trzeba zaakcentować, a co warto zmienić i dlaczego. Bezstresowa, merytoryczna rozmowa. Studentów prosi się, by mówili otwarcie, gdy się z czymś nie zgadzają. I ja w pracy mówię. Choć jak kiedyś zgłosiłem polskiemu profesorowi, że w tym, co mówi, jest chyba błąd, reakcja była histeryczna, agresywna, żeby więcej nie wychodzić z uwagami.

Przemek Żelazowski: Tego partnerstwa w relacjach z ludźmi mi brakuje. Muszę uważać na to, co mówię.

Marek Niedużak: W brytyjskim angielskim mówią bardzo delikatnie: „Wiesz, nie wiem, jaka jest prawda, ale ja to widzę tak, tak i tak”. Jak dwie osoby mają różne poglądy i w ten sposób rozmawiają, są bliżej znalezienia porozumienia. A m po polsku jeszcze wyostrzamy. „Teraz ja ci powiem!”, „Słuchaj, jak jest”. W efekcie powstaje między nami przepaść.

Szukam w pamięci osób, które wróciły tam. Raczej nie znam.

Krzysztof Daniewski: Pewnie, że są i tacy. Może ktoś się nie nadawał do pracy, której się podjął? Może nie miał tej siły przebicia, co inni? Może miał nierealistyczne oczekiwania? Mam absolwentów, którzy pracowali w dużych kancelariach prawnych i sobie nie poradzili albo którzy nie zarabiali dla nich dość pieniędzy i zostali zwolnieni. Kilka osób, 1 proc. klubu.

Polskie MSZ nie daje szans

Anna Żółkiewicz, 27 lat, w Oksfordzie zrobiła licencjat – lingwistykę z niemieckim. Zna też angielski, francuski i hiszpański. Mieszka w Londynie. – Mam talent do języków. W liceum zdawaliśmy maturę międzynarodową i aplikowaliśmy na uczelnie w Wielkiej Brytanii. Nauczycielka powiedziała: „Złóż też na Oksford, co ci szkodzi?”. Nie liczyłam, że się tam dostanę.

Po studiach chciałam wrócić, pracować w dyplomacji. Ewentualnie plan B – tłumaczenia, ale musiałabym się nauczyć przekładać z angielskiego i niemieckiego na polski. Na drugim roku szukałam w Polsce praktyk na wakacje. Do dużych firm i banków wysłałam ze 20 CV. Bezskutecznie. Udało mi się coś znaleźć po znajomości.

A na trzecim roku na szkoleniu w MSZ dowiedziałam się, że nie mam po co składać podania, bo po czteroletnich studiach będę miała tytuł BA, czyli licencjata, a urzędnik w Polsce musi mieć magistra. Po studiach licencjackich na Oxbridge dostaje się też tytuł magistra – bo są dużo trudniejsze niż na innych uniwersytetach – ale trzeba odczekać, aż minie siedem lat od ich rozpoczęcia.

Wtedy podchwyciłam pomysł z marketingiem – plan C. Ale na targach kariery w Gdańsku usłyszałam, że do działów marketingu nie przyjmują ludzi z zagranicy i że trzeba było studiować zarządzanie i marketing, prawo albo bankowość. Na hasło „Oksford” się krzywili.

Na czwartym roku zaczęłam myśleć, że trzeba zostać na Oksfordzie na studia magisterskie, bo w Polsce bez tego ani rusz. Dostałam się, ale nie przyznano mi dofinansowania.

Wróciłam do Gdańska, do rodziców, i zaczęłam wysyłać podania do działów marketingu. Zaczepiłam się na jakiś czas w firmie, w której robiłam praktyki. Proponowali mi pracę, ale w Niemczech.

Ponad 50 CV wysłałam. Większość do Warszawy. Zaczęły przychodzić odmowy. Jak dzwoniłam się dopytać, słyszałam: „Przecież my nie wiemy, czego się pani tam uczyła, może nic pani nie umie”. Nikt mnie nie zaprosił na rozmowę. Jakbym była za trudna, więc najlepiej się mnie pozbyć.

Ponieważ musiałam iść na zabieg usunięcia migdałków, chciałam się zarejestrować jako bezrobotna. Wyjęłam dyplom, ale pani nie chciała go uznać, bo jest po angielsku. Wyjęłam świadectwo maturalne – też po angielsku, ale tłumaczę, że robiłam w Gdańsku, w publicznej polskiej szkole. Pani na to, że chyba musi mnie zarejestrować jako osobę z wykształceniem podstawowym. Skurczyłam się na tym krzesełku. Ale mi się poszczęściło, bo weszła druga pani urzędniczka, popatrzyła na maturę i powiedziała: „Miałam taki przypadek, możesz uznać”.

Po trzech miesiącach zaczęłam wysyłać CV do firm w Londynie, gdzie agencje marketingowe są ogromne i jest ich mnóstwo. Prawie każda ma program dla absolwentów. Jest test z matematyki, potem przychodzi się na dwie rozmowy. Odpowiadają po dwóch tygodniach. Też dostawałam odmowy. „Gratulujemy wykształcenia i osiągnięć, ale mieliśmy 187 osób na miejsce i zatrudniliśmy kandydatów z doświadczeniem”. To rozumiem. Człowiek nie popada w depresję. A jak po interview dostaje maila z odmową, to piszą: „Jeśli chciałabyś omówić naszą decyzję, dzwoń”, i mówią: to mi się podobało, powinnaś popracować nad tamtym.

Na ponad 100 wysłanych aplikacji dwadzieścia kilka firm zaprosiło mnie na rozmowy. Pisałam, że będę w Londynie przez konkretne cztery dni. Akceptowali to. Dostałam trzy oferty, wybrałam najfajniejszą. Zaczęłam od przeciętnego wynagrodzenia, ale od razu mi powiedzieli, że jeżeli będę dobra, mogę dostawać podwyżki co trzy miesiące i za rok moja pensja może być o 40 proc. wyższa. Szybko zmieniałam stanowiska na wyższe. Po trzech i pół roku jestem kierownikiem działu. Pracuję z firmami, które sprzedają wakacje, produkty finansowe, suplementy diety, narzędzia do pedikiuru. Jesteśmy małą firmą – 55 osób. Zatrudniamy absolwentów psychologii, historii, politologii, biologii i oczywiście marketingu – nie są lepiej przygotowani do zawodu niż ja. Praca wymaga analizowania problemów i szukania rozwiązań, więc studia bardzo mi pomogły. Nauczyły niezależnego myślenia i znajdowania nieoczywistych odpowiedzi. Mogę iść do prezesa i powiedzieć, że coś mi się nie podoba. Generalnie jest świetnie, ale uwiera mnie, że rodzina jest daleko, znajomi. I czasem się zastanawiam: dlaczego Polska mnie tak potraktowała?!

Mnóstwo okien w głowie – po co szefowi MBA?

25.02.2015 19:00

 rys. Mateusz Kołek

MBA to szybka winda do świata, który jest większy, bardziej otwarty, więcej przeżył.

Agnieszka Kalwala, 37 lat, MBA 2014, w Koźmińskim (dwa lata, zaoczne). Współwłaścicielka sieci salonów kosmetyki laserowej: Przez 13 lat myślałam o MBA. Podświadomie odkładałam na to pieniądze.

Gdy zaczynałam pracę w banku, dwóch kolegów robiło MBA. Też chciałam, ale dla prostej dziewczyny z Radomia, która przyjeżdża do Warszawy studiować ekonomię, wydawało się to nieosiągalne. Mama mówiła: „Dziecko, gdzie ty?”.

Gdy już byłam dyrektorem szkoleń, chciałam awansować i zastanawiałam się, co zaoferować pracodawcy, by wybrał mnie. Zrobiłam rachunek: jakie kompetencje są potrzebne na stanowiskach, które mnie interesują, co mam, gdzie są luki. Coraz więcej jest szefów z Wielkiej Brytanii, Francji – doceniają tytuły międzynarodowe.

Całe życie pracowałam w Citi Handlowym, brakowało mi doświadczeń i pomysłów spoza firmy i spoza branży. Można sięgnąć do literatury, ale ja wierzę w praktykę. I chciałam poznać nowych ludzi. Wybrałam Koźmińskiego – to jedyne polskie MBA w rankingu „Financial Timesa”. Koszt – ok. 50 tys. zł.

Piotr Celej, 37 lat, MBA 2010, Politechnika Warszawska (dwa lata, zaoczne). Dyrektor IT w małej firmie informatycznej: Na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej skończyłem systemy informatyczne wspomagania decyzji i założyłem z kolegami firmę: konsulting informatyczny. Czułem, że brakuje mi wiedzy biznesowej. Przez rok zbierałem fundusze – wtedy 11 tys. euro.

Sławomir Brzozowski, 43 lata, MBA 2010, Uniwersytet Warszawski (trzy semestry). Dyrektor zarządzający i członek zarządu w firmie König Stahl sprzedającej wyroby ze stali i aluminium: Był rok 1996 – po handlu zagranicznym z ośmiu ofert wybrałem stanowisko szefa eksportu w Stomilu Olsztyn kupionym przez Michelina. Miałem 25 lat, zarządzałem 100 mln dol. obrotu i kilkunastoma osobami. Po dziesięciu latach zostałem dyrektorem generalnym w PPG, u największego na świecie producenta farb i lakierów. Wiedzy mi nie brakowało, bo w obu firmach uczestniczyłem w globalnych programach szkoleniowych, ale tytuł MBA warto mieć. Chciałem się czegoś nowego nauczyć i zabezpieczyć status na drabinie. Firma zapłaciła 60-70 tys. zł.

Dominika Zbychorowska, 32 lata, Harvard MBA 2011 (dwuletnie, dzienne). Dyrektor ds. rozwoju w PZU: Na SGH-u studiowałam finanse i bankowość oraz zarządzanie i marketing. Na praktyki poszłam do działu fuzji i przejęć w CitiBanku . Na kolejne praktyki pojechałam do JP Morgan w Londynie. Po obronie wybrałam Lehman Brothers. Szef, Polak po MBA na Harvardzie, przekonywał mnie, że powinnam tam studiować, ale miałam dobrą pracę, więc po co? Przyszedł rok 2008, Lehman się chwiał. W marcu wróciłam do Polski, upadł we wrześniu. Zaczęłam pracować w małym butiku inwestycyjnym, nie byłam zadowolona i to przesądziło, że zdecydowałam się na studia.

Całkowity koszt – 210 tys. dolarów. Po przyjęciu do Harvard Business School daje się swoje PIT-y, dane o majątku. Koleżanka pracowała w pomocy humanitarnej, dostała bardzo dużą pomoc bezzwrotną. Ja dostałam niewielką i kredyt studencki.

Tomek Danis, 35 lat, Harvard MBA 2007 (dwuletnie, dzienne). Partner w MCI Management, funduszu inwestującym m.in. w start-upy: Obroniłem się na SGH z finansów i bankowości, absolutorium mam też z marketingu i zarządzania. W firmie konsultingowej McKinsey, gdzie dostałem pierwszą pracę, MBA były obowiązkowym etapem kariery. Nagrodą po trzech latach pracy po 60-70 godzin w tygodniu. Po kilkunastu miesiącach pracy zebranie partnerów podejmuje decyzję, czy sfinansuje ci naukę, jeśli się dostaniesz.

Katarzyna Olejko (nazwisko zmienione), 33 lata, MBA 2007 (dwuletnie zaoczne) w Wyższej Szkole Zarządzania Polish Open University. Szefowa biura, bezrobotna: Miałam licencjat na tej uczelni, studia magisterskie z MBA były tylko dwa razy droższe od zwykłych magisterskich. Miałam trzy lata doświadczenia na stanowisku kierowniczym, więc się zdecydowałam. Ze zniżkami kurs kosztował 20 tys. zł.

Karolina Zielińska, 30 lat, miniMBA 2012 (jeden semestr), Uniwersytet Łódzki. Szefowa HR: Myślałam, że na pełnym MBA mogłabym sobie nie poradzić, wybrałam mini MBA.


Harvard – największy błąd w życiu

Tomek: Rok i trzy miesiące przed rozpoczęciem nauki zaczynasz się zastanawiać, czym różnią się szkoły. Aplikowałem do topowych: Stanford, Columbia (bo jest w Nowym Jorku), Kellogg (bo ma fajnych absolwentów, jest bardziej marketingowy) i Harvard – poza dyskusją.

Dominika: O miejsce na dziennych studiach na Harvardzie ubiega się 14-17 osób. Aplikowałam tylko tam. Trzeba zdać GMAT, globalny egzamin, który sprawdza, czy myślisz analitycznie, i egzamin TOEFL, z angielskiego. Główna część aplikacji to eseje: „Trzy najważniejsze wydarzenia w twoim życiu i dlaczego je za takie uważasz”, „Największy błąd w życiu, dlaczego go za taki uważasz i czego się z niego nauczyłeś”, „Po co ci Harvard MBA?”. Teksty na jedną stronę A4.

Tomek: Jak sprawić, by ktoś zapamiętał twój, czytany jako pięćdziesiąty? Pisałem prawdę i starałem się wywlec emocje. Był dodatkowy esej o tym, co jest dla mnie w życiu ważne, i napisałem, że przyjaciele. Mimo bardzo ciężkiej pracy w McKinseyu chodziłem na imprezy, ludzie to doceniają, a ja ładowałem akumulatory.

Dominika: Eseje daje się do przeczytania absolwentom. Zazwyczaj mówią, że to beznadziejne, i musisz pisać od nowa. Podajesz też oceny ze studiów, dokumentację kariery zawodowej, informacje o zaangażowaniu społecznym i trzy rekomendacje od osób, które w pracy widziały twój potencjał przywódczy. Przygotowanie aplikacji zajmuje pół roku. Proces rekrutacji – siedem miesięcy. Wybrane osoby zapraszane są na rozmowy – ja miałam taką w Londynie. Trwa co do sekundy pół godziny – weryfikują, czy to, co pisałeś w esejach, jest prawdą.

Tomek: Stanford, Columbia odpisały: „Bardzo dziękujemy, ale nie”. Kellogg chciał zrobić ze mną wywiad, ale miał go przeprowadzić mój kolega i powiedziałem, że się znamy. Przeszedłem bez interview. A Harvard mnie chciał!

Dominika: Jak się człowiek dostaje, wszyscy ci mówią, że jesteś bogiem. U nich misją jest tworzenie liderów, którzy zmieniają świat. Teraz Harvard nie wymaga esejów, bo w krajach azjatyckich powstał cały przemysł zajmujący się ich pisaniem dla kandydatów.

Pieniędzmi się ich nie skusi

Prof. Witold Orłowski, dyrektor Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej:MBA zostały wymyślone sto lat temu w Stanach dla inżynierów, którzy nie mając wiedzy o zarządzaniu, nie awansowali na najwyższe pozycje w firmach. To były czasy Henry’ego Forda, który stawiał ludzi przy taśmie, mierzył czas i płacił za jego skracanie.

Pierwsze polskie MBA, z początku lat 90., miały podobny charakter: dostarczały podstawowej wiedzy o finansach i marketingu osobom, które miały robić coś zupełnie innego, a znalazły się na stanowiskach biznesowych. Popyt na te proste MBA skończył się koło 2000 r. Bo metody Henry’ego Forda przestają działać. Im społeczeństwo bardziej wyedukowane, a ludzie mądrzejsi, tym trudniej nimi tak kierować. Mówi się o generacji Y, której pieniędzmi się nie skusi, bo woli mieć więcej wolnego czasu. Ludzie sabotują zmianę, na którą się nie godzą. Menedżer musi umieć odgadnąć ich preferencje, sprawić, by chcieli z nim robić to, co on zamierzył. Potrzebne są do tego cechy przywódcy: umiejętność analizy, rozumienie zależności, a przede wszystkim rozumienie ludzi i umiejętność postępowania z nimi. Dobre studia MBA rozwijają te cechy.

Prof. Elżbieta Mączyńska, przewodnicząca kapituły rankingu „Perspektywy”:Polscy menedżerowie nie mają wizji. Są ustawieni krótkookresowo, pod bonus na koniec roku, a rada nadzorcza może ich w każdej chwili odwołać. Za mało w nich kreatywności, bo ona wymaga wolnego czasu, a są pod presją bieżących zadań. Panuje myślenie: „Sprzedam i niech klient się martwi”. Korzyści są w krótkim okresie, w długim – efektywność spada, ludzie przypłacają to depresjami. I wiedza się dezaktualizuje, czasy wymagają jej uzupełniania.

Prof. Witold Orłowski: Mówi się, że w Polsce nadal ogromna część firm działa według metody folwarku: przywódca biznesowy wyznacza kierunek, a ludzi się pilnuje, żeby robili.

Synku, ja się muszę uczyć

Agnieszka: W grupie 25 osób był ktoś z zarządu Cyfrowego Polsatu, szef sprzedaży z Biedronki, szef produkcji w fabryce opakowań, szefowa HR-u w dużej firmie rekrutacyjnej. Ktoś produkował meble, sprzedawał częstotliwości radiowe. Prawniczki, marketingowcy. Większość po czterdziestce.

Sławek: Najstarsi po pięćdziesiątce. Trzy panie na 36 osób.

Piotr: Zajęcia po trzy dni dwa, trzy razy w miesiącu.

Sławek: Sesja integracyjna. Powiedzieli nam: „Macie przynieść sześć ukrytych w terenie przedmiotów”. Ale zaczęliśmy konkurować. Ktoś coś wiedział, nie powiedział. Nie zebraliśmy wszystkich. Porażka! Prowadzący spytał: „Czyżbym zabronił współpracować?!”. Otrzeźwieliśmy.

Inne ćwiczenie. Podzielono nas na grupy, w każdej dwa zespoły, które miały negocjować. Zadanie: suma wyników w grupie ma być jak najwyższa. Ale po drugiej stronie kolega chciał pokazać, że wie lepiej. Postanowiłem udowodnić, że ja wiem lepiej. No i ja dostałem wszystko, ale suma naszych wyników była słaba, a kolega się odgrażał, że nigdy więcej nie będzie ze mną niczego negocjował. Wniosek dla biznesu: obie strony muszą się czuć zwycięzcami.

Piotr: Bardzo dużo pracy zespołowej, więc w tygodniu i w wolne od szkoły weekendy spotykaliśmy się, żeby robić zadane projekty.

Sławek: Mieliśmy sesję wyjazdową w Stanach, bo to MBA w partnerstwie z Uniwersytetem w Illinois: zajęcia na kampusie i spotkania. Dwa razy w semestrze na dwa weekendy z rzędu przyjeżdżali wykładowcy amerykańscy. Na noc dostawaliśmy do przeczytania case’y – 40 stron. Kilka godzin snu i na zajęcia. Omawialiśmy np. cechy osobowościowe założyciela Hondy i problemy, które w związku z nimi na różnych etapach rozwoju firmy się pojawiały.

Agnieszka: Burze mózgów nieustannie. Otwiera ci się mnóstwo okien i drzwi w głowie.

Sławek: Pomagaliśmy sobie rozwiązywać bieżące problemy w pracy.

Agnieszka: Na magisterskich spotykałam wykładowców, którzy choć o tym uczyli, nigdy nie zarządzali ludźmi. Na MBA wykładają praktycy z 20-letnim doświadczeniem na najwyższych stanowiskach.

Prof. Orłowski: Kiedyś z powodu wigilii na wydziale wykładowca o kwadrans skrócił wykład i były skargi: „Jakie zajęcia dodatkowe to zrekompensują?”.


Agnieszka: W pracy zazwyczaj nie ma taryfy ulgowej. Ostatni semestr MBA to gonitwa terminów. Ktoś dzwoni: „Nie dopisałeś swojej części, przez ciebie się spóźnimy”. Promotor bardzo wymagający, a każdy z panów chce udowodnić drugiemu, że jest od niego mądrzejszy, więc poprzeczka wysoko.

Piotr: Osoby, które kończyły studia nietechniczne, z finansami miały kłopot.

 

Agnieszka: Było wiele weekendów, kiedy się zamykałam w pokoju i wychodziłam tylko na obiad. Słyszałam: „Mamo, pójdziesz ze mną na plac zabaw?”. „Synku, ja się muszę uczyć”. „Ty się ciągle musisz uczyć!”. Trudno kilkulatkowi wytłumaczyć. Prosił: „Zaprowadzisz mnie do przedszkola?” – a ja się uczyłam do rana. Chylę czoło przed jego tatą, który mówił: „To jest nasz czas. Chodź, pogramy w piłkę, a mama w poniedziałek po pracy pójdzie z tobą do kina”. Syn w kalendarzu sobie zaznaczał, kiedy. Budził się w nocy i wołał: „Tato!”. Jak miałam egzaminy, tata zabierał go do Irlandii, do dziadków.

Sławek: Jak przyszedł kryzys, prezes jednej spółki zawiesił studia. Drugi kolega zmienił pracę – też odpuścił.

Harvard – walka o air time

Dominika: Na Harvardzie uczymy się przez analizę przykładów z życia – ponad 500 przez dwa lata. Ktoś wprowadzał nowy produkt: decydujemy, czy ma sens, ile powinien kosztować, jakimi kanałami dotrzeć do klienta. Był przykład wojen cenowych między Pepsi a Coca-Colą. Zastanawiamy się, jaki wpływ na rynek i na sytuację w firmie miałyby konkretne decyzje. Jakie uczestnicy mają interesy? O, tu jest case PZU-Eureko na zajęcia z negocjacji: trzy zeszyty po 20 stron.

Na roku jest 900 osób (bankowość inwestycyjna, konsulting, marketing, dział prawny, operacje) podzielonych na 10 sekcji. Ludzie z całego świata, 25-30 lat.

Tomek: Miałem w sekcji dowódcę eskadry myśliwców i dziewczynę, która w Etiopii pomagała dzieciakom z urwanymi nogami.

Na każdych zajęciach dziesięć osób ma doświadczenie w dokładnie takim casie, jaki omawiamy, niektórzy nawet w tej firmie. 30 innych robiło coś podobnego, a pozostali mają pogląd. Musiałem się nauczyć słuchać tych ludzi i od nich się uczyć, jak rozwiązywać problemy. Walczyć o „air time”, czas, gdy mogę coś mądrego powiedzieć. Uda się raz na półtorej godziny zajęć. 30-sekundowa wypowiedź, nie dłuższa, bo zaczynają ziewać i mówić: „What’s the point?”.

Dominika: Na Harvardzie 50 proc. oceny jest za aktywność na zajęciach, a kobieta jak nie ma stuprocentowej pewności, to się nie zgłosi. Mężczyzna ma pięcioprocentową, a się przepycha. Po pierwszym roku 5 proc. studentów odpada – głównie kobiety. Prosiłam profesorów, żeby mnie pytali.

Są dwa lub trzy zajęcia dziennie, bardzo dużo pracy zespołowej i gry symulacyjne. Spotkania z różnymi CEO. Wiele klubów studenckich: byłam w venture capital (inwestowanie w start-upy), private equity (inwestowanie w spółki) i luxury goods (rynek dóbr luksusowych). W okresie rekrutacji spotkania z firmami. I bardzo intensywnie życie studenckie. Wiele osób przyjechało z rodzinami. Podróżowaliśmy razem.

Tomek: W wakacje byłem w start-upie w Kalifornii.

Dominika: Na SGH przez pół roku nie trzeba było się uczyć. Przychodziła sesja, człowiek się zamykał na trzy tygodnie i wkuwał. Egzamin testował znajomość formuł, faktów – nigdy sposobu myślenia. Na HBS przez pierwszy rok uczyłam się po sześć godzin dziennie: czytałam case’y, przygotowywałam się do dyskusji. Egzamin to też case – miałam cztery godziny na napisanie, co jako menedżer w danej sytuacji bym zrobiła. Mogłam korzystać z książek, notatek. Wiele egzaminów pisałam w Gdańsku: pobierasz egzamin, włączasz stoper, piszesz i wysyłasz.

Tomek: Średnia z egzaminu – 94 proc.

Dominika: Nikt nigdy nie odwołał zajęć. Kiedy są śnieżyce, profesorowie śpią w swoich gabinetach. Mój ulubiony nauczyciel przez 20 lat był CEO jednego z największych banków w Hiszpanii. Zanim rozpoczął z nami zajęcia, pojechał na trzy miesiące do klasztoru, czytał te case’y, myślał o nich. Jak już rozwiązaliśmy case, opowiadał, że miał podobną sytuację: jakie miał naciski, jak o tym myślał, jaką rolę w jego życiu grała wtedy rodzina, koledzy z pracy. Pisał maila: „Dlaczego dzisiaj nic nie powiedziałaś? Wszystko OK?”. Przyprowadzał na zajęcia żonę, dzieci.

Tomek: Studenci są zakochani w nauczycielach. Dla karier wykładowców uczenie nie jest decydujące. Oni awansują, jeśli inni profesorowie na świecie wskazują ich jako osoby, do których trzeba się zwrócić w danym temacie.

Teraz Harvard na miesiąc wysyła studentów MBA do Meksyku, Argentyny, Wietnamu – pracują tam w firmach. I wymaga założenia własnej.

Przychodzi chłoptaś, wychodzi mężczyzna

Piotr: HR to najważniejszy przedmiot na MBA. Dwóch moich pracowników się nie dogadywało, więc rozsadziłem ich: „Nie współpracujcie”. Dziś skonfrontowałbym ich, to efektywniejsze dla firmy. Jeżeli jeden drugiemu czegoś nie powiedział, niech powie. Pokrzyczmy na siebie, ale nie wychodźmy z pokoju, dopóki nie rozwiążemy problemu. Inteligentni ludzie potrafią zrozumieć drugą stronę.

Na MBA dowiedziałem się, że mogę powiedzieć prezesowi: „nie”. Jeżeli uważam, że pomysł jest zły, i mam na to argumenty, tłumaczę. Przyjmie albo nie, dorośli jesteśmy.

Non stop zapraszam ludzi na rozmowy rekrutacyjne. Nie dlatego, że mam wakat, ale chcę wiedzieć, co się dzieje na rynku. Dlatego rozsyłam też swoje CV. Z MBA wyniosłem: na rozmowie rekrutacyjnej nie jesteś petentem. Jak sam zapraszam, na wstępie mówię człowiekowi, czym nas zainteresował. W okresie próbnym także pracownik sprawdza pracodawcę.

Wiem już, że warto zatrudniać ludzi z pasją, bo nawet z typowego zadania zrobią coś wyjątkowego. Trzeba znać pracownika, wiedzieć, jakie ma motywacje. Szczególnie gdy zatrudniasz ludzi z wysokim IQ w gospodarce opartej na wiedzy. I uświadomiono mi, że osoby decyzyjne nie czytają ofert. Patrzą na pierwszą stronę, tam musi być napisane: to kosztuje sto, zyskasz dwieście.

 

Agnieszka: MBA nauczyły mnie puszczać wodze fantazji. Kładę nogi na stół i myślę: „Co zrobić, żeby było lepiej? Może wprowadzimy karty lojalnościowe?”. Dzwonię do informatyka, a on: „Po co ci te karty? Wydamy kupę kasy, bez sensu”. Jak to słyszę, szlag mnie trafia. Nie ma rzeczy, których się nie da, jest tylko kwestia czasu, ceny, wysiłku. Ale pokolenie Y nie chce ciężko pracować. Więc mówię: „Robimy”, i sprzedaż rośnie o 10 proc. „I co?” – pytam. „Mieliśmy szczęście”. MBA to szybka winda do świata, który jest większy, bardziej otwarty, więcej przeżył .

Piotr: Oczekiwałem podstaw teoretycznych prowadzenia biznesu. Trochę tej wiedzy miałem – chciałem ją usystematyzować. A dostałem to – i coś znacznie cenniejszego: doświadczenia innych ludzi. Wiele punktów widzenia przefiltrowanych przez wszystko, co się w ich życiu wydarzyło. To jest warte każdych pieniędzy! Takie opowieści przy piwie, jak rekrutuje się handlowca. Od: „Proszę mi sprzedać ten ołówek” do: „Zaprosiliśmy kandydata i ignorowaliśmy jego obecność. Nie przepchnął się, nie przeszedł”.

Agnieszka: Przychodzi chłoptaś, wychodzi mężczyzna. Szef go wysłał, oczy, buzia otwarte szeroko, słucha, nie wierzy i nagle się budzi: świat istnieje poza moim regionem! Chcę czytać, uczyć się! Wszystkich pyta, poznaje ludzi. MBA zrobiły z niego menedżera dużego formatu. Zyskuje dziesięć lat w dwa.

Piotr: Wszedłem inżynierem, wyszedłem menedżerem. Czuję się mądrzejszy, bardziej świadomy tego, co robię.

Sławek: Narzędzia techniczne miałem, ale poznałem ich inne zastosowania. Teraz słucham ludzi. Zobaczyłem, że inaczej niż ja myślą o tych samych kwestiach.

Agnieszka: Teraz jak mam problem w pracy, myślę: „To będzie wiedział Adam”. Dzwonię i w dwie minuty mam odpowiedź. Jak robię plany sprzedażowe, kolega, który się tym zajmuje, siada ze mną. Kiedy szukam ludzi do pracy, piszę do wszystkich: „Moglibyście kogoś polecić?”.

Piotr: Zacząłem rozumieć, co mówi do mnie księgowa.

Dominika: Nie boję się mieć odmiennego zdania, podejmować decyzje. Głębiej podchodzę do problemów. Rozwój osobowościowy i menedżerski są ogromne.

Tomek: Potrafię wyjść poza siebie, myśleć jak osoba bardziej emocjonalna, jak biedna, ta na ścieżce wzrostowej, albo ta, która już coś osiągnęła. Wiedza mi pomaga podejmować lepsze decyzje. Poza tym Harvard to „brand name” – do zwolnienia będę ostatni, do zatrudnienia pierwszy.

Sławek: Jak ktoś ma silnie ukształtowany styl menedżerski, MBA go radykalnie nie zmieni.

Network

Dominika: Na pewno network pozostaje. Mamy bazę kontaktów do absolwentów Harvardu. Gdybym chciała kupić spółkę w Norwegii, piszę czy dzwonię: „Cześć. Co uważasz o tym rynku? Jakie widzisz ryzyka?”. Jest duże prawdopodobieństwo, że ze mną normalnie porozmawia.

Prof. Orłowski: W Polsce ludzie nie zdają sobie sprawy, jakie to potężne narzędzie.

Tomek: Mam bardzo dużą grupę zaufanych osób. Pomogłyby mi – zawodowo, towarzysko. Zrobią zrzutkę pół miliona dolarów na operację.

Z topowych szkół MBA na świecie jest w kraju ze 200 osób. A Harvard ma najlepszy klub absolwenta.

Kariera po polsku

Agnieszka: Po MBA miałam wypadek i operację kręgosłupa. Tygodniami patrzyłam w sufit i… po 14 latach pracy odeszłam z banku. Otworzyłam własną firmę. Rozwija się, mamy 15 salonów. Zarabiam znacząco więcej. To jest sukces z MBA.


Piotr: Kto był dyrektorem sprzedaży na Polskę, jest dyrektorem sprzedaży na świat. Kilku weszło do zarządów. Standardowa podwyżka: 20-50 proc. Moje zarobki się podwoiły, a pracuję w małych firmach. Zamiast przez pięć-osiem lat być menedżerem projektów, kierownikiem projekt menedżerów, od razu usiadłem na stołeczku dyrektora IT. Już drugi raz zmieniłem firmę.

Karolina: W rekrutacjach na stanowiska wyższego szczebla, jeśli mamy dwóch kandydatów o podobnych kompetencjach i doświadczeniu, MBA może być kartą przetargową. Nie więcej niż 15 proc. ubiegających się o te stanowiska kończyło takie studia.

 

Sławek: MBA jest wzmacniaczem, nie zastępuje osobowości, kompetencji, doświadczenia, charyzmy, energii, skuteczności. Na niższych stanowiskach może być przeszkodą. Jeżeli szukam osoby, która przez osiem lat ma robić określoną rzecz, a widzę MBA, to myślę: „On się chce rozwijać, a nie mam dla niego kariery”.

Katarzyna: Stanowisko office managera jest często zastępowane „asystentką biura” i na czterech z kilkudziesięciu rozmów zapytano mnie wprost: „Dziewczyna z MBA, a startuje na asystentkę?”. Sądzą, że będę chciała zarabiać więcej niż inni aplikujący. A ja nie nadaję się na kierownika wyższego szczebla. Lubię organizować, ale im jestem starsza, tym bardziej nieśmiała. Na studiach rzadko zabierałam głos, nie miałam o czym opowiadać. Nie utrzymuję z tymi ludźmi kontaktu. Byli wyniośli. W pracy nie przydało mi się nic oprócz angielskiego.

Rozważam usunięcie MBA z CV. Albo się przebranżowię. Poznałam każdy aspekt działalności firmy, od HR po produkcję, marketing. Ale na razie nie zdarzyło się, żeby ktoś zauważył: „Fajnie, że masz MBA, mogłabyś nam doradzić”.


Mini

W Polsce uczelnie prowadzące studia MBA mówią o dwóch-trzech chętnych osobach na miejsce, ale częściej, że przyjmują wszystkich, którzy spełniają warunki formalne, czyli: trzy lata na stanowisku kierowniczym i rozmowa rekrutacyjna. Na kilku kursach jest egzamin matematyczno-logiczny i wymagany certyfikat z języka. Ale jak przychodzi kryzys, nawet na renomowanych programach ciężko uzbierać 20 osób, żeby się opłacało je uruchamiać.

Może 10 proc. programów ma akredytację.

Prof. Orłowski: Akredytacji udzielają stowarzyszenia międzynarodowe. W Polsce na palcach jednej ręki można policzyć kursy mające którąkolwiek. Reputacja najlepszych nawet szkół biznesu z naszej części świata nie może się mierzyć ze szkołami istniejącymi od półwiecza czy wieku. W Polsce powstało wiele programów niskiej jakości. Są też oferty fikcyjnych szkół, z reguły w Anglii: MBA przez internet w pięć tygodni.

Karolina: MiniMBA to był jeden semestr. Początkujący przedsiębiorcy byli zachwyceni, ale dla mnie ze stu godzin 30 okazało się stratą czasu. Dominowała sztampowa forma wykładu. Była ekonomiczna gra symulacyjna – podobną przerobiłam na szkoleniu finansowo-menedżerskim w USA.

Harvard – premii może nie być

Dominika: Rozmawiałam z dużymi firmami w Polsce, wybrałam PZU ze względu na osobę prezesa, też po Harvardzie. Robię ciekawsze rzeczy, mam większy zakres odpowiedzialności. Pracowałam wcześniej w Londynie, więc dochody relatywnie zmalały, ale tu mam lepsze życie, zdrowsze podejście do godzin pracy. Kredyt za szkołę jest rozłożony na 20 lat, zwykle spłaca się go w ciągu trzech, czterech. Ja już kończę. PZU dało mi na to pewną kwotę. W Polsce musiałam zapłacić od niej 40 proc. podatku. W Stanach bym nie musiała. Mieszkanie wciąż wynajmuję.

Ten dyplom bardziej tu przeszkadza, niż pomaga, mówiąc szczerze. Kiedyś usłyszałam, że nie mogą mnie zatrudnić, bo deprymowałoby to osoby z zespołu. A co wisiało za plecami pana, który to mówił? Dyplom z Harvardu! Ale studiów dwumiesięcznych albo weekendowych, na które nie trzeba się dostać, wystarczyło zapłacić!

Tomek: W Polsce jest niewiele miejsc, które dają premię za Harvard MBA, a nikt nie wróci pracować za 12 tys. zł przy takim długu za szkołę. Absolwent musi zarabiać 100 tys. dol. rocznie – dwa razy tyle co średniego szczebla 40-letni menedżer – i być dwa piętra nad nim. To w głowie nie mieści się HR-om. Polski rynek myśli: „Dopiero wyszli ze szkoły, nic nie umieją”. Mają pracować za darmo, by pokazać, że są super?

Po amerykańskim MBA do Polski wraca się tylko do trzech biznesów, związanych z inwestowaniem w spółki: private equity, bank inwestycyjny, konsulting. Potrafię sobie jeszcze wyobrazić, że ktoś przekonał bardzo znanego polskiego przedsiębiorcę, że mu poprowadzi inwestycje, albo zachwycił prezesa polskiej firmy z Top 50.

Kończąc studia, wiedziałem, że chcę pracować w venture capital – finansowaniu start-upów. W Kalifornii mi powiedzieli, że brakuje mi doświadczenia w zarządzaniu: „Przyjdź do naszej spółki portfelowej, porządzisz cztery-pięć lat i przejdziesz do naszego venture capital”. Dla mnie to była za daleka perspektywa. W Londynie kilka słabszych venture capital było na tak, ale się nie zdecydowałem. W Polsce nie chciałem iść do private equity ani do banku inwestycyjnego. Został powrót do konsultingu, do McKinseya. Lubiłem tę pracę. Po roku McKinsey umarzał połowę długu, po drugim – drugą. Wymaga MBA i mówi: „Jak wrócisz, masz gwarantowany kolejny etap kariery”. Przez 4,5 roku pracy miałem wyższe stanowisko niż koledzy, którzy nie wyjeżdżali.

Jak poznaję ludzi, nie mówię na dzień dobry, że skończyłem Harvard MBA. Dopiero jak ktoś zobaczy we mnie człowieka albo partnera biznesowego.

Co myślą pracodawcy?

Dla firmy to ryzyko

W Polsce prowadzi się co roku ok. 50 programów MBA. Oprócz executive education (czyli studiów dla kadry zarządzającej) są kursy dla kadry medycznej, IT, finansistów – krótsze i tańsze. Uczelnie organizują też dla firm zamknięte programy MBA. Pojawiają się też programy DBA (Doctor of Business Administration), zakończone doktoratem.

Rocznie wchodzi na rynek ponad tysiąc polskich absolwentów MBA. Połowie z nich studia finansowały lub dofinansowywały firmy. Zadeklarowało to 22,4 proc. pracodawców dużych i średnich firm, Jednak tylko 2,2 proc. z nich uważa, że studia MBA są istotnym warunkiem do bycia dobrym menedżerem, a 10,2 proc., że MBA nie podnosi kwalifikacji. Co trzecia duża lub średnia firma zatrudnia absolwentów MBA (Wg Centrum Badań Marketingowych INDICATOR).

Piotr: Nie wysłałbym pracownika na rok. Wróci i mi powie: „Sorry, stary, a tu masz swoje pieniądze”. I zostaję z niczym.

Sławek: Jak pracownik robi MBA samodzielnie, weekendowo – to dla firmy ryzyko. Albo mam jak wykorzystać jego potencjał i mogę mu więcej zapłacić, albo on sobie tę inwestycję zwróci gdzie indziej.

Zaczytani

Cała Polska czyta

Duży Format (TKR RP) nr 51, wydanie z dnia 01/03/2012Reportaż, str. 6

Gotuję zupę i czytam. Na schodach ruchomych – czytam. Trzy, cztery godziny dziennie by się uzbierało

MAGDALENA SZWARC

Przy smażeniu naleśników, w stygnącej kąpieli, w metrze i fotelu. Kosztem prasowania, biegania, oglądania telewizji. Żeby się odprężyć, wzruszyć, zmierzyć ze sobą, zwolnić – Polacy potrafią przeczytać 50, 100, 300, a nawet 1000 książek rocznie.

Schody ruchome są super

Sylwia Niemczyk-Opalińska (32 lata, 200 książek w roku): – Czytam, zanim wszyscy wstaną. O szóstej piję kawę, myję zęby i mam godzinę.

Smażę naleśniki i czytam. Gotuję zupę i czytam. Jak będę obierała ziemniaki, to nie – ale przy mieszaniu? Czytam na stojąco, na siedząco, na leżąco, na chodząco – mniej po domu, a bardziej na ulicy. Wpadam na ludzi czasem, ale że czytam nieuważnie, mam podzielną uwagę.

Pracuję na pełny etat jako redaktorka w miesięczniku dla rodziców. Po siedemnastej, jak przychodzę do domu, pobawię się trochę z dziećmi, dam im jeść, przypilnuję Igę, żeby zrobiła zadania domowe, i przez pół godziny czytam w wannie.

Wczoraj pracowałam w domu. Czytałam do 8.30. Drugą część „Millennium”, moją ulubioną. Potem pracowałam z przerwami na czytanie przy kawie, co godzinę, na 15 minut.

Odebrałam Ninę z przedszkola, czytałam McLuhana, jedną z kilku niefabularnych książek, które lubię. Pojechałam spotkać się z koleżanką: po drodze czytałam w metrze i wychodząc na schodach ruchomych, to jest taka wspaniała rzecz, że jedziesz, jedziesz, jedziesz i jeszcze możesz sobie czytać. I dopiero jak wychodzisz w ciemność, to już nie możesz.

Wróciłam o 20.30, dzieci były już wykąpane i po kolacji. Marcin to zrobił, mój mąż. Powiedziałam im, że przyjdę za pół godziny – leżałam w wannie i czytałam. Dalej tę Lisbeth. Teraz mam ciężki okres w pracy, więc nawet nie zabieram się do niczego nowego. Planuję zacząć „Parrot i Olivier w Ameryce”. Dwie recenzje przeczytałam i kupiłam ją sobie wczoraj. Dziewczynki się dobijały, więc musiałam wyjść.

Przed snem im czytamy. Porozmawiamy chwilę, a potem leżę między nimi, jest nam bardzo ciasno, przytulamy się do siebie, ale pilnuję, żeby się już nie odzywały, nie chichrały. Oglądają swoje książki, a ja już czytam swoją. Z godzinę. I czasem z nimi zasnę, a czasem przesiadam się do swojego łóżka i dalej czytam. Wczoraj czytałam do 23.30 i jeszcze usiadłam do pracy. Poszłam spać o 2.00. Ale zwykle długo śpię, od 23.

Trzy, cztery godziny czytania dziennie by się uzbierało. Ok. 200 stron, ale to zależy od książki. Czytam kilka naraz, ale są książki, których nie chciałabym tak czytać. Biografia Korczaka czeka, aż będę miała trzy dni bez chodzenia do pracy.

Godzina dziennie, codziennie

Tomasz Brzozowski (44 lata, cel: 50 książek w roku): – Przy pełnym życiu zawodowym (jestem właścicielem księgarni Czuły Barbarzyńca) i rodzinnym, żeby czytać, trzeba mieć bardzo dużo samodyscypliny. Narzucić sobie normę tygodniową, dzienną. Jak to hasło: „Czytaj dziecku 20 minut dziennie, codziennie”. Więc pojawił się pomysł czytania rano i wieczorem – w sumie godzinę. Wolę rano, ale zdarza mi się rzeczy łatwiejsze czytać wieczorem. Jeśli ktoś będzie w dni powszednie czytał godzinę i jeszcze w weekend się uda coś wygospodarować (u nas między 13 a 15 dziecko śpi i musi być obowiązkowa cisza), to daje już do dziewięciu godzin w tygodniu. Nawet siedem to już jest bardzo dobrze. Jeżeli się uda dojść do 50 książek w roku, jest to wyśmienity wynik!

W I klasie pani mi nie uwierzyła

Bernadetta Darska (34 lata, 360-500 książek w roku): – Zazwyczaj czytam w fotelu, w pokoju do pracy. Mamy trzy pokoje. I kilka tysięcy książek. Dwa pokoje są praktycznie całe w książkach. Sypialnię na razie udało się ocalić, ale część jest w szafie. Różne warstwy, poziomy, piramidy.

Czytam w pociągach, w autobusach niestety nie, bo fizycznie nie za dobrze reaguję. Jak mam konsultacje i studenci nie przychodzą, to podczytuję. Ok 400-500 stron dziennie. Jak książka naukowa, to wolniej się czyta. Sto stron na godzinę, nie 150, jak przy beletrystyce. Poza tym regularnie czytam kilkanaście czasopism kulturalnych, gazety, tygodniki. Czytam blogi o książkach.

Zawsze szybko czytałam. Pamiętam, w pierwszej klasie podstawówki po kilku dniach oddawałam do biblioteki tzw. grubą książkę i pani nie wierzyła, że przeczytałam. Bardzo mnie to bolało!

Do czytania i pisania tekstów siadam o 16-17, wtedy najlepiej mi się pracuje. Chodzę spać o 2. Jestem krytyczką literacką i literaturoznawczynią, nie umiem oddzielić tych godzin, kiedy pracuję, a kiedy czytam dla przyjemności. Każdą książkę poddaję analizie – taki nawyk. Czytam literaturę artystyczną z wyższej półki i dużo non-fiction. Przygotowuję habilitację o reportażu po roku 89, ale staram się też śledzić literaturę popularną.

Mąż czyta w dużym pokoju, tam jest narożnik i lampka. Mówimy siebie, co kto wyczytał. On woli pracować rano. Jest pisarzem. Wiadomo, że jak piszę książkę, siedzę dłużej. Jak on pisze, też się wyłącza z rzeczywistości. Śmiejemy się czasami, że nawet nasze koty uwielbiają leżeć na książkach.

Torebka na książki

Marianna Zawadzka (34 lata, 120 książek w roku): – Ja w pracy mogę czytać. Jestem wychowawcą w hostelu dla młodzieży przy jednym z liceów. Jak mam dyżur od 15 do 21, to nie ma czasu, ale jak nockę – oni śpią, a ja czuwam i mogę czytać.

Kupuję takie torebki, żeby mi się książka mieściła. Do metra mam trzy przystanki, to nie wyciągam. Wsiadam na pierwszej stacji do pustego wagonu. I mam pół godziny drogi na czytanie.

Rano biorę książkę do łazienki. Potem to nie, bo obiad, dzieci, zakupy, pranie, spacery, w dzień staram się wszystko poprasować. Kostuś ma pięć i pół, a Miłoszek prawie trzy lata. Mąż bardzo w domu pomaga. Sprząta. Z dziećmi na dwór wychodzi. On się odpręża przy gotowaniu, dla mnie to kara. Pracuje w kawiarnio-galerii, na wieczory. Pięć dni w tygodniu. Ma teraz sesję, uczy się. Do czytania mąż ma takie podejście jak moi rodzice, że to trwonienie czasu. Przy nagromadzeniu domowych obowiązków sama się wpędzam w poczucie winy, ale jak już dzieci śpią, mogę poczytać godzinkę czy dwie. Taka nagroda. W łóżku, przy lampce. Śpię normalnie: siedem-osiem godzin. Jak jestem w pracy, to w dzień odsypiam.

Powroty

Bernadetta: – Zaznaczam fioletowym, przy drugim czytaniu czerwonym. To spotkanie z samą sobą sprzed lat. Czasem muszę się zastanowić, dlaczego coś zaznaczyłam, dziś bym to zrobiła w innym miejscu. Wracamy do tych samych tekstów, a one budzą w nas coś innego – to siła dobrej literatury.

Sylwia: – Nie czytam z ołówkiem w ręku. Mam taką książkę „Żelary”. Za każdym razem, kiedy zaczynam ją czytać, mój mąż zaczyna się bać, bo ja od pierwszej do ostatniej strony płaczę. Za każdym razem bardziej. Tam jest mnóstwo bohaterów smutnych, pozostawionych samym sobie. W tej książce widzę samą siebie i do niej wracam, choć płaczę. „Widnokrąg” Myśliwskiego – jak oni szukają tego buta – czytałam z pięć razy, a „Traktat” ze dwa. Pilch pisał w felietonie, że cieszy się z zawodności ludzkiej pamięci, bo może wracać i za każdym razem czytać od nowa coś, co lubi.

Źródło

Sylwia: – Chodzę do trzech bibliotek. W każdej bibliotece można wypożyczyć po pięć książek, ja zawsze tyle biorę, plus drugie pięć na mojego męża, dał mi upoważnienie. Więc mam w domu ok. 30 książek z biblioteki. Przeterminowuję notorycznie, ale te panie mi wybaczają. Czasem zwracam następnego dnia, bo albo przeczytam, albo mi się nie podoba i wiem, że nie skończę. Od znajomych nie pożyczam, bo sama nie lubię pożyczać komuś. Dużo czytam blogów książkowych – „Młoda pisarka czyta”, „Prowincjonalna nauczycielka”. Czytam recenzje w „Polityce”, w „Dużym Formacie”. Magazyn „Książki” uwielbiam, mógłby wychodzić co miesiąc. Miesięcznie wydaję na książki 120-150 złotych. Cztery-pięć książek, w miękkiej oprawie, bo twarda to brak szacunku dla czytelnika – dodatkowe 10 zł od sztuki. Usprawiedliwiam się, że nie mamy telewizora, wiec gdybyśmy mieli go kupić, zapłacić abonament i za kablówkę, wyszłoby więcej. Mamy kredyt mieszkaniowy na 45 lat.

Czasem jak się z mężem kłócimy, to mi mówi, że nawet jak jestem w domu, to mnie nie ma, bo czytam. Ja uważam, że to coś innego, bo czytając, ciągle daję dobry wzorzec.

Bernadetta: – Część książek otrzymuję w ramach egzemplarzy recenzenckich, a część kupuję. Wydaję na nie miesięcznie 300-400 złotych. Wiadomo, w wolnych zawodach bywają miesiące, gdzie dla książki trzeba z czegoś zrezygnować. Zakup firanek bym odłożyła na potem. Albo nowej bluzki, zwłaszcza że chodzenie po sklepach i kupowanie ubrań męczy mnie psychicznie.

Marianna: – Jak przyjechałam do Warszawy, nie byłam zapisana do biblioteki. Nie czytałam tyle co teraz, bo płaciłam 40 zł za książkę! Kupowałam zawsze jak najgrubsze, żeby na długo starczyły. Mam koleżankę, która kupuje na Allegro, przeczyta i sprzedaje. Chciała ode mnie książki, ale jej nie pożyczam, bo ona zagina rogi albo rozpadają się u niej grzbiety, ma użytkowe podejście. Znajoma ma łańcuszek: córki i koleżanki. Każda coś kupi i po kolei czytają.

Tomasz: – Lubię czytać książki, które ktoś mi poleca. Wszyscy moi znajomi czytają. Moje natchnienie to antykwariaty. Eldorado czytelnicze! Teraz czytam Rembeka Stanisława. Trzy opowieści związane z powstaniem styczniowym. Pierwszorzędna literatura. Dobra, gęsta proza historyczna. A pisarz kompletnie nieznany, bo nie opozycjonista, książka dedykowana Piaseckiemu „w podzięce za pomoc i opiekę w trudnych czasach”. Czy „Podróż” Dygata – zupełne przeciwieństwo Rembeka. To powieść psychologiczna, tam są uczucia, postacie, bohaterowie, relacje, emocje!

Współczesna literatura dostarcza niewiele satysfakcji. Za dużo jest teraz szumu literackiego. Mówię to jako księgarz. Ubawiło mnie, jak w katalogu handlowym ktoś o jakimś debiucie napisał: „Największa książka od czasów Homera”! Dziś zainteresowanie książką trwa półtora tygodnia. Popularnym autorom udaje się to przedłużyć do miesiąca. Gonitwa nowości. Dlatego ważne są małe księgarnie, które wybierają to, co przetrwało próbę czasu, i podsuwają czytelnikowi.

W maglu codzienności

Marianna: – Czytam, żeby się odprężyć. Liczy się chwila: teraz mi przyjemnie.

Sylwia: – To moja ulubiona rzecz w życiu, oprócz spania. Dostarcza wzruszeń. Dzięki temu moje życie jest przyjemne. Poza tym lepiej siebie poznajesz. Wchodzisz w inny świat, utożsamiasz się. Nie lubię mówić o tym, co przeczytałam i co czułam, jak czytałam. To zbyt intymne. Z mężem też się nie dzielę.

Tomasz: – Żeby ten czas trochę zwolnił. Nie gnał tak, w nieogarnięty chaos, w otchłań. W maglu codzienności można zatracić każde: po co? i dlaczego? Wybrałem literaturę, bo ona we mnie uruchamia refleksję. Dialog. Z samym sobą i z otoczeniem. Współczesny człowiek powinien jak najwięcej czytać, żeby mieć możliwość rozważania różnych sytuacji. Bo ciągle są jakieś rozdroża, kiedyś nie było ich aż tak wiele. Widzę, jak się miotają studenci: z jednego wydziału na drugi, trzeci. Wyjeżdżają, wracają. Ogromne bogactwo możliwości, ale z drugiej strony dziś muszą dużo więcej wiedzieć o sobie.

Bernadetta: – Powinniśmy się mierzyć z trudnymi tematami. Z obowiązku wobec ludzi, którzy tego nie przeżyli. Zapisy doświadczeń ofiar Holocaustu czy niedawno wydany trzeci tom Jeana Hatzfelda o Rwandzie czy Hugo-Badera książki. Bo one pokazują nam prawdziwszą stronę człowieczeństwa. Człowiek, którego się boi-my, też jest w nas. Ktoś ma na rękach krew, a okazuje się wspaniałym ojcem i partnerem. I to jest ważne ostrzeżenie, żeby pilnować siebie. Starać się być tym człowiekiem, jakim chcielibyśmy być.

Mamo, nie kupujmy telewizora

Sylwia: – Telewizora nie mamy. Oglądamy filmy, ale mogłabym miesiącami tego nie robić. Ale jak Iga poszła do pierwszej klasy, pomyślałam: nie dość, że nie chodzi na religię, to jeszcze telewizora nie ma, zrobimy z niej dziwadło. Pytałam, co o tym myśli. Zdecydowaliśmy, że po wakacjach kupimy, i przez kilka dni się bardzo cieszyła. Ale potem mówi: – Mamo, a może nie kupujmy? – Ale wszyscy będą mieć – przekonywałam. – To nic, poczekajmy jeszcze – zdecydowała.

Razem jemy w niedzielę, ale ja bardzo tego nie lubię. To też jest przyzwyczajenie z dzieciństwa. Mam pięcioro rodzeństwa, nikt z nas nie jadł przy stole. Każdy jadł czytając: na łóżku albo siedział na podłodze, a talerz miał na siedzeniu. Mieszkaliśmy biednie, na głuchej wsi. Moja mamusia zmarła, jak miałam osiem lat, i to ona czytała.

Marcin, mój mąż, tak nie je. Marcin czyta mniej i jest bardzo skupiony. I lubi bardzo grube książki, więc potrafi przez miesiąc czytać jedną. Ale to są książki typu „Życie i los” Grossmana.

Nikt nie prasuje. Czasem ja koszulę dla niego. Rzadko ktoś gotuje, bo wszyscy jemy na mieście. Jak już, to gotuje Marcin. Na pewno lepiej mu to wychodzi i robi to z większą chęcią. Sprząta. Większość zajęć domowych robi on. Razem chodzimy na spacery albo on chodzi sam, bo tak woli. Ja jestem typem upośledzonego ruchowo kanapowca. Zabiera dziewczynki do opery, uczy je słuchać jazzu, a mnie głowa pęka po pierwszym utworze. Iga ma siedem lat i czyta płynnie, jak dorosły człowiek, co się przekłada na szóstki z czytania. Kupy nie zrobi bez książki, śniadania nie zje bez książki, chodzi z książką z pokoju do pokoju. Zaczęliśmy jej czytać, jak miała miesiąc.

Tomasz: – Nic innego bym nie robił. Nie poszedłbym biegać. Mam wyrzuty sumienia, gdy poświęcam czas na jakąś głupotę. Kiedy czytam, muzyki nie mogę słuchać. Telewizję oglądam. Na seriale już by miejsca nie starczyło. Do kina chodzę niedużo, bo trzeba zorganizować nianię. Dzieci spowodowały wzrost czytelnictwa.

Marianna: – Mogłabym telewizję pooglądać, w internecie posurfować, maseczkę sobie zrobić. Kiedyś dużo w wannie czytałam, aż do wystygnięcia wody. Tu mamy prysznic. Chłopcy mają swoje książki. Kostuś lubi, jak się mu czyta co wieczór. Nigdy nie niszczył książek.

Po Wigilii można już czytać

Sylwia: – W Wigilię przy stole nie czytamy, ale pod choinką zawsze są książki i przez resztę świąt każdy siedzi w swoim kąciku albo razem na kanapie i czytamy. Jest w tym poczucie wspólnoty. Ktoś się śmieje: – Z czego?! Przeczytaj! – to moje najsilniejsze wspomnienie z dzieciństwa. I w dorosłym życiu jest podobnie.

Nie jestem typem podróżnika, zawsze dwa tygodnie urlopu spędzam z dziewczynkami w rodzinnej wsi. I tylko czytam. Trochę w łóżku, potem wyjdę się opalać do ogrodu, pójdę do kuzynki – ona ma długą huśtawkę dla dorosłych. Przywożę sobie ze trzy-cztery nowe książki, ale głównie czytam lekkie, które tam mam. Dziewczynki cały dzień biegają z kuzynkami, a wieczorem wszystkie schodzą się do nas, mam audytorium i im czytam.

Marianna: – Raz byłam w Egipcie. Nigdy więcej! Ci tubylcy tacy męczący! Najczęściej jeździmy nad morze. Na urlop biorę pięć-sześć książek. Na plaży w ogóle się nie da czytać: słońce, piasek w oczy, głowa boli i dziećmi się trzeba zajmować! Ale w cieniu gdzieś przysiąść? Na święta jeździmy do rodziców, więc też nic szykować nie muszę.

Księgarnia to ja

Bernadetta: – Moja praca jest pasją, więc trudno powiedzieć, że jadę na urlop, żeby od niej odpocząć. Jak nad morzem czerpię przyjemność z tego, że czytam tzw. ciężką książkę, to pracuję czy odpoczywam? Teraz na trzy tygodnie stażu naukowego w Wiedniu zabrałam 13 książek „na wieczór”, bo całe dnie spędzałam w bibliotekach. Mam wielu znajomych i my właściwie ciągle rozmawiamy o literaturze – takie środowisko.

Sylwia: – Żeby być redaktorem, mieć wyczucie stylu, języka, trzeba to sobie naczytać.

Marianna: – Moi podopieczni książki widzą. Czasem pytają, o czym. Ale żaden się jeszcze ode mnie czytaniem nie zaraził. Książka dla nich za długo trwa. To generacja gier. Internetu.

Tomasz: – Ta księgarnia to jestem ja. Za każdy tytuł odpowiadam tu osobiście.

Książka żyje dwa lata

Zanim biblioteki dokonają zakupu książek, ktoś musi przeczytać i ocenić wszystko, co się ukazało na rynku. W budynku biblioteki na Koszykowej jest jeden pokój niedostępny dla czytelników – siedzą tam osoby, które się tym zajmują.

Wanda Monastyrska (800-1000 książek rocznie): – Książki przyjeżdżają do nas czasami codziennie, czasem dwa razy w tygodniu. Rocznie nawet 3,5 tysiąca nowości. Dla dzieci, dorosłych, literatura faktu, beletrystyka, popularnonaukowe, historia, romanse, fantastyka, poradniki. W dziale są cztery osoby.

Bibliotekarze z województwa mazowieckiego przyjeżdżają do nas co dwa tygodnie na tzw. przeglądówki, czyli jaki to rodzaj książki, dla jakiego odbiorcy, jaka treść. Książki dla dzieci dzielimy na poziomy wiekowe. 0-7, 8-9, 10-13, 14-15. Do kategorii młodych dorosłych 16-20 trafiają historie o wampirach, które czasem mają podtekst erotyczny, czasem sadystyczny, tego staramy się nie dawać 15-latkom. Są trzy listy: „rekomendujemy”, „według uznania” i „naukowa”. Na czarnej liście są trzy pozycje, czasem nie ma żadnej. Bo biblioteki nie mogą kupować samych noblistów. Na kartach wypożyczeń: sensacja, romans, kryminał, horror mają 15 czytelników rocznie, literatura ambitna dwóch, trzech. Pięciu, jak jest bardzo głośna. W pierwszym roku. W drugim – dwóch, a potem książka zamiera. I stoi na półce.

Jak jest coś, co wszyscy chcą przeczytać, to losujemy, a jak coś, czego nikt nie chce, to też. Resztą dzielimy się, co kto lubi albo co kto jest gotów zrobić, żeby inni się nie męczyli. Nie jest możliwe, żeby w godzinach pracy od 8 do 16, w dwa tygodnie, przeczytać 35 książek. Bierzemy pracę do domu. Między 22 a 1 w nocy jeszcze coś sobie zaliczam. I po cztery-pięć godzin dziennie w weekendy. Więcej nie, bo rodzinie też się coś należy. Jest trudno. Zwłaszcza kiedy to jest piąta czy szósta książka tego dnia. Nie ma przestrzeni na oddech, regenerację umysłu i wtedy jest takie: „Ja już nie chcę!”. Ale czytam dalej. Żałuję, że nie mogę dokładniej, bo firmujemy to twarzą, nazwiskiem. W domu mam kilka półek książek do przeczytania na emeryturze.

Raczkowanie po ekranie

Czy już przedszkolakowi potrzebny jest dziś komputer? Jedni traktują go jak darmową niańkę. Inni demonizują zagrożenia.

Mamo, co to jest mgławica? – 5,5-letni Ksawery ogląda niebo w programie Google Earth. Na ekranie monitora zdjęcie z teleskopu Hubble’a przypomina kolorowo podświetlone dymy. Ksawery, operując strzałkami na klawiaturze, porusza się między gwiazdozbiorami. Umie pisać, więc w wyszukiwarce wstukuje: droga mleczna. – Mamo, czy to jest to niebo, do którego idzie się po śmierci? – pyta w końcu.

Ksawery nauczył się czytać sam – ktoś kiedyś posadził go przed edytorem tekstu. W wieku czterech lat pisał już krótkie liściki do babci. Notował przepisy kulinarne. Ubiegłej zimy z wujkiem czatowali na Skypie, a to znacznie ciekawsze niż samotny Word. Gdy miał cztery lata, mama poprosiła, żeby sprawdził, o której odjeżdża najbliższy autobus linii 700. Znalazł. Teraz to jego ukochana witryna – został fanem komunikacji miejskiej. Sam odnalazł strony miłośników tramwajów i stronę przegubowiec.pl. Interesują go strony dobranocek, książeczek i czasopism, które czyta.

Współczesny rodzic coraz częściej na typowe dziecięce pytania odpowiada: nie wiem, ale możemy sprawdzić w Internecie. Komputer to dziś sprzęt tak powszedni jak lodówka, odkurzacz czy czajnik. – Włączony jest cały dzień, częściej niż telewizor – mówi Joanna Gorzeń-Noszczak, mama Ksawerego. Oboje z mężem są architektami, używają tych maszyn do pracy. Pozwalają synowi korzystać z komputera, bo niby dlaczego nie?

Przedszkolak przy komputerze nie jest jeszcze w Polsce zjawiskiem naukowo zbadanym. W Stanach Zjednoczonych, gdzie Internet jest dostępny w 70 proc. domów, dwoje na troje dzieci poniżej 6 roku życia korzysta z sieci, z czego duża część codziennie. – Kompetencje potrzebne do obsługi komputera kształtują się już w 8–10 miesiącu życia – mówi Katarzyna Ziółkowska, psycholog, autorka książki „Przedszkolaki w sieci” (w druku) i doktorantka Instytutu Psychologii UAM w Poznaniu. Pierwsze próby zabaw klawiaturą czy myszą podejmują, siedząc na kolanach rodziców. Bardzo szybko zauważają związek między działaniem i skutkiem. Dwulatki z powodzeniem surfują samodzielnie. Wprawdzie uczą się procedur na pamięć i gdyby im poprzestawiać ikony, pogubiłyby się, ale na znanej stronie mogą spędzać godziny.

Zaczyna się od oglądania bajek lub filmików. Potem puzzle, zgadywanki, loteryjki, kolorowanki – to, co pokolenie rodziców robiło na papierze, one mają w komputerze. Gry dla najmłodszych to dobieranie właściwych kształtów do zatykania dziur w rurach. Z kości trzeba zbudować dinozaura, z części samochód. Dopasować dźwięki do instrumentów. Jeśli dziecko dobrze policzy kasztany i trafnie dopasuje liść, z głośnika usłyszy radosny głos: „Brawo! Jesteś wspaniały! Zawsze można na ciebie liczyć!”. A to motywuje do dalszej zabawy. Komputerowa „Gratka” co miesiąc zapoznaje graczy z kilkoma literami. – Dzięki tym grom w wieku czterech lat potrafił napisać moje imię, swoje, taty – zachwyca się dr Dominika Urbańska-Galanciak, socjolog, badaczka gier komputerowych, a prywatnie mama 6-letniego Kuby.

Swój własny komputer chłopiec ma w pokoju od trzeciego roku życia. Na pulpicie ledwie mieszczą się ikonki wszystkich zainstalowanych gier. Godzinę dziennie gra na pewno. – Ja wolę, żeby pograł, niż ma jakiś film oglądać – mówi jego mama.

W wieku około 5 lat mali gracze zaczynają sięgać po tzw. platformówki. Trzeba wskoczyć do jadącej windy, rzucić piłką w przycisk, by otworzyły się drzwi – czyli skoordynować ruchy. 6-latki i starsze dzieci najchętniej włączają gry sportowe. Następny krok to gry przygodowe, gdzie trzeba stosować myślenie strategiczne.

Z mamą Kuba gra głównie w gry polegające na kooperacji bohaterów, a z tatą, żeby porywalizować – w wyścigówki albo ulubione „Lego Star Wars”. Sam podróżuje z programem pokazującym zabytki, zwierzęta i kulturę różnych krajów świata.

Inne mózgi

Rodzice 5-letniego Eryka sami lubią grać. Nieraz chłopiec patrzył (jak na film), gdy tata Damian Zieliński (grafik, artdirector w firmie produkującej gry komputerowe) jako „nieumarły” (zbój z mieczami, najwyższy 70 poziom) wraz z sześcioma podobnymi poczwarami walczy ze smokiem. Nie widzi (bo już śpi), że wieczorami tata siada przy swoim komputerze, mama Kasia obok, przy swoim, i wyruszają na wspólne misje. W tym domu to zwyczajny sposób spędzania wolnego czasu. Telewizji nie oglądają. – Inni mają „M jak miłość” i przeżywają emocje bohaterów serialu, my też mamy swoich, tylko możemy kreować ich przygody – mówi Kasia.

Czasem Eryczek prosi, by w Warcrafcie znaleźć mu jezioro, żeby mógł – jak to się w języku komputerowych fanów określa – ponurkować Panią Elfka (którą gra mama). Biega, zbiera leśne owoce, lata nią nad bajecznymi krainami, siedząc na smoku. Każe mamie rzucać czary, żeby zobaczyć, jak działają. Ulubioną grą Eryka są Piniaty na x-boxie. Interfejs rozpracował w jeden wieczór. – Dzięki temu, że obcuje z technologią, której w jego wieku nawet nie mogliśmy sobie wyobrazić, ma inaczej ukształtowany mózg – twierdzi Damian. X-boksa kupili dla siebie. Na początku nic im nie wychodziło i się zniechęcali. – My musimy pokonywać w sobie bariery, których on w ogóle nie ma – mówi. Eryk nie rysuje, woli internetowe kolorowanki. Ręcznie mu nie wychodzi i się denerwuje. Po co rysować kotka, skoro ładniejszego można znaleźć w Internecie i wydrukować?

– Być może mozolny trening pisania, który wszyscy przeszliśmy, nauka koordynacji wzroku i precyzji ręki, ma udział również w kształtowaniu się innych funkcji, np. w posługiwaniu się mową – zastanawia się psycholog Katarzyna Ziółkowska. – Ale nikt nie zrobił jeszcze badań, które by tego dowiodły. Nie wiadomo, czy komputer wywołuje u dzieci zmiany na poziomie ośrodkowego układu nerwowego, który w tym wieku pod wpływem doświadczeń się kształtuje. Badanie, jak ich mózgi funkcjonują poznawczo, to dopiero przyszłość. Może się okazać, że ten wpływ wcale nie jest wielki.

Eryk mówi: kolega mnie popchnął i spadłem na kość ogonową. To echa gry „Encyklopedia małego człowieka” o organach ludzkiego ciała, dodawanej gratis do płatków kukurydzianych. Damian i Kasia troszkę zazdroszczą synowi, że w jego wieku przeszedł już przez dziesiątki różnorodnych światów. – Widzi je dosłownie, dotyka. Może się inspirować. Jego świadomość jest nieporównywalnie bogatsza, niż była nasza w tym wieku– mówi Kasia.

Najbardziej się boi, żeby żaden z nich nie okazał się ciekawszy od normalnego życia. Sama dostała komputer w wieku 14 lat i mogła grać, ile chciała. Po dwóch latach, zamiast rozwiązywać problemy w szkole, uciekała w granie. Damian ma mniej obaw: – Jego szybko te światy nudzą i chce przeskakiwać do kolejnych – obserwuje.

W zasadzie Eryk wie, że to co jest w grze, nie dzieje się naprawdę, ale dziś ta granica nawet dla ludzi dorosłych jest dość mętna. – Jak ktoś powie coś przykrego w grze, to ja czasem się zastanawiam, czy on mnie obraził, czy to się przytrafiło tylko mojej postaci? Ludzie chodzą struci w realu, jak wirtualny przedmiot zgubią – mówi Kasia i nie wymaga od Eryka, żeby się nie przejmował. Zabraniają mu jedynie gier, które go frustrują. Jak nie może zrobić zbyt wielu rzeczy, staje się agresywny, a granie to ma być przyjemność.

Puzzle po węgiersku

Zdaniem Damiana szkoła ma przestarzały system edukacji. Zmusza dzieci do czytania całych tomów, czego dzisiejsze życie nie wymaga. – Mamy inny dostęp do informacji. Gdy coś cię interesuje, zadajesz pytanie i natychmiast dostajesz odpowiedź – mówi.

Nie przeraża go, że dzieci nie potrafią koncentrować uwagi na tyle, by przeczytać książkę, a nauczyciele skarżą się, że dziś każdy z nich musi migać niczym neon, ścigać się ze światem gier, by na lekcji skoncentrować dziecięcą uwagę. – Najpierw ludzie sobie opowiadali, potem ktoś wymyślił alfabet i wyrył treść w kamieniu. Potem powstał papier – łatwiejszy w użyciu, w końcu druk. Teraz mamy jeszcze doskonalsze formy przekazu, w których można uczestniczyć – mówi Damian. I dodaje: – Jeśli przekazy multimedialne okażą się ciekawsze, literatura odejdzie do lamusa. Nic nie zrobisz.

Polski Internet dla dzieci dopiero raczkuje, jest mało ciekawy. Można znaleźć takie strony jak witryna Krakowa czy Instytutu Cervantesa, gdzie dzieci uczą się języka hiszpańskiego. Mamy na forach wymieniają się ciekawymi linkami. Posiłkować się można też stronami zagranicznymi, jak witryna BBC. Puzzle dziecko może układać po francusku, niemiecku czy węgiersku, chłonąc przy tym bezwiednie nowe słówka. Po stronach porusza się swobodnie, gdyż są one skonstruowane na podstawie symboli – dla dzieci nieczytających.

Najaktywniejsze na tym polu są przedsięwzięcia komercyjne. Również dlatego, że skonstruowanie dobrej strony dla dzieci kosztuje 200–300 tys. zł. Strony z zabawami dla najmłodszych mają soki Kubuś, horteksowy sok Leon, ale również ubrania marki Reserved. A także telewizje dla dzieci. Przedszkolaki same wymieniają się informacjami o istnieniu witryn.

Marka, która promuje swoje produkty poprzez serwisy dla dzieci, nie może sobie pozwolić na skandalizujące treści czy choćby bramkę do otwartego Internetu. Co najwyżej do innych reklam. – Najgorsze, co syn może zrobić, to zamówić DVD z USA, ale tego nie zrobi, bo nie poda swoich danych – mówią rodzice, którzy mają zaufanie do światowych marek. I tu mogą być zaskoczeni. Angielskie badania pokazują, że kilkulatki z powodzeniem dokonują zakupów. Te, które nie umieją jeszcze czytać, a rozumieją ideę wyszukiwarki i poruszają się po tym świecie bez opieki, wpisują w okienko nazwy marek np. Barbie, Witch, Winx. Wystarczy popełnić literówkę, by w odpowiedzi na zapytanie dostać strony z pornografią.

Na darmowych, popularnych stronach z rysunkowymi grami jest mnóstwo przemocy. Jedna polega na waleniu pięścią w komputer, aż się całkowicie rozpadnie, inna mierzy prędkość, z jaką gracz uderzył w balonowego miśka. Rysunkowe lale można ubierać w wyuzdane ciuszki. Bywa, że dzieci boją się wejść na kolejny poziom gry i ją wyłączają, bo jest tam zbyt straszna mucha. Gry w Internecie nie podlegają właściwie żadnej kontroli.

Same w sieci

Dzieci angielskojęzyczne, japońskie, koreańskie i niemieckie mają swoje wyszukiwarki Yahoo! Na tę niemiecką rząd federalny wydaje rocznie 1,5 mln euro. Zawiera 10 tys. haseł. Polskie na razie mają rozwijający się, nadzorowany przez wolontariuszy katalog 50 stron na sieciaki.pl.

Ksawery korzysta z Google. Dokładnie czyta opisy wyników wyszukiwania, nim wejdzie na stronę. Zawsze pyta, czy może. – Właściwie to razem szukamy. Mamy jeden pokój, z aneksem kuchennym. Widzę, co robi – mówi Joanna. Nie zainstalowali jednak programu do ochrony nieletnich. Blokują one wejścia na strony zawierające pewne słowa (np. seks) czy wulgaryzmy. Windows Vista ma opcję kontroli rodzicielskiej, dzięki której można zablokować strony, sprawdzać historię wyszukiwań.

– Na razie nie ma potrzeby instalowania tego, bo Ksawery nie włącza komputera sam. Może jak pójdzie do szkoły, będą koledzy z grami przychodzić? Jak po kryjomu coś włączy… Wtedy założymy mu tożsamość, również by chronić swoje dane – mówi Joanna. Nawet jednak bezpieczne w sensie emocjonalnym korzystanie z komputera pociąga koszty. Monitor psuje oczy. Kręgosłup męczy się długim siedzeniem. Dziecko nie ma poczucia czasu, samo nie przestanie. Są raporty i autorzy, którzy biją na alarm, twierdząc, że dziecko powinno poznawać świat prawdziwy, trójwymiarowy. Z zapachami, smakiem, kształtami. Amerykańskie stowarzyszenie pediatrów dzieciom w wieku przedszkolnym zaleca korzystanie ze wszystkich mediów monitorowych nie więcej niż dwie godziny dziennie. (W Polsce statystyczny przedszkolak tylko przed telewizorem spędza ponad trzy godziny).

Katarzyna Fenik, psycholog z fundacji Dzieci Niczyje, zna te zagrożenia jak nikt inny. To do niej trafiają skargi uczniów – ofiar cyberprzemocy, podszywania się, wulgarnych ataków. Pracuje z dziećmi, które naoglądały się pornografii. – Zostawianie dziecka samego w Internecie to jak otwieranie drzwi do dziecięcego pokoju dla pedofilówoszustów i fanatyków. Nie można dawać dziecku do ręki noża i liczyć, że będzie ostrożne – mówi. Słuchając jej, można nabrać przekonania, że dziecko nie potrzebuje Internetu do 15 roku życia, bo o ile technicznie z obsługą sobie poradzi, o tyle z oceną zawartości zdecydowanie nie.

Istnieje też zagrożenie uzależnieniem. Badania prowadzone na dzieciach w wieku szkolnym pokazały, że ulega im niewielka grupa. Jeśli korzystanie z Internetu odbywa się w sposób zrównoważony przez inne aktywności – dobry kontakt z rodzicami, kolegami, wysiłek fizyczny – pod opieką dorosłych, skutki korzystania z sieci są pozytywne. Kłopot tylko w tym, że polskie dzieci surfują głównie same, bo często ich rodzice boją się nowego medium i wolą myśleć życzeniowo, że dziecko robi w nim wyłącznie dobre rzeczy.

Świat z drogi komputeryzacji z pewnością się już nie cofnie. W Ameryce niektórzy badacze mówią już o pokoleniu wychowanym na grach. Obserwują, że to ludzie bardziej ambitni od pozostałych. Godzą się na wynagrodzenie zależne od efektów, a nie czasu pracy. Traktują aktywność zawodową jak pole do pokonywania przeszkód. Nie roztrząsać, nie przeżywać, tylko jak najszybciej się z nimi uporać. Gracz się nie poddaje, lecz zmienia strategię działania.

Co więc zrobić z dzieckiem, które ma pięć lat i swobodnie czyta? Pozwolić, by surfowało, gdzie go Google poniosą? Wydaje się, że dziś już nie ma innego wyjścia, jak tylko uczyć dziecko bezpiecznego i wartościowego korzystania z sieci. Badania pokazują, że im lepiej dorośli znają Internet, tym mają większą świadomość zagrożeń. W dodatku akurat małe dziecko jest jeszcze złaknione akceptacji rodziców. Więc po prostu jeszcze ich słucha.

Doktorzy na głodzie

JAK ŻYJĄ MŁODZI NAUKOWCY

Lecę do USA na konferencję. Mam wyłożyć kasę, a Amerykanie zwrócą mi te kilka tysięcy. Jak tu napisać, że nie mam z czego wyłożyć? 

MAGDALENA SZWARC

DR HANNA, 41 lat, biolog, adiunkt w instytucie PAN: W biologii molekularnej zestaw do 50 reakcji kosztuje ok. 2 tys. zł. Wtedy praca zajmuje godzinę. Żeby oszczędzić, sami przygotowujemy odczynniki i badanie zajmuje dwa dni. Paski klisz rentgenowskich tniemy na mniejsze, żeby na dłużej starczyły. Maszyna się od tego zacina, więc wywołujemy ręcznie, co znów trwa dłużej. Przeterminowanych odczynników nie wyrzucamy, bo na nowe nie ma pieniędzy!

DR MAREK, 32 lata, ekonomista, adiunkt na publicznym uniwersytecie: Najpierw książki sam kupowałem, bo ktoś na uczelni zawłaszczył sobie cały fundusz książkowy. Potem dostałem jego część: szef mówił: „Ma pan 1 tys. zł”, kupowałem, uczelnia zwracała pieniądze. Teraz zgłaszamy zapotrzebowanie – książki dostajemy po dwóch, trzech miesiącach. Te, które mieszczą się w limicie. A zagraniczne potrafią i 500 zł kosztować.

DR MARTA, 35 lat, językoznawca, adiunkt w instytucie PAN: U nas się nie kupuje książek, bo nie wiadomo, czy na pensje starczy. Trzeba szukać po bibliotekach. Jestem rozliczana z udziału w konferencjach naukowych, ale muszę jeździć za własne pieniądze. Czasem instytut odda, czasem nie.

Fakty są takie:

* Tylko co trzeci doktorant ma stypendium naukowe (1-1,5 tys. zł, czyli mniej niż płaca minimalna). Reszta, pisząc doktorat, musi pracować.

* Wynagrodzenia nauczycieli akademickich (po uwzględnieniu różnic w poziomach cen) są w Polsce co najmniej dwa razy niższe niż na Zachodzie.

* Dotacje na studenta – nawet siedem razy niższe.

* Niż demograficzny drąży dziury w budżetach uczelni, bo finansują się one głównie z dotacji na dydaktykę (83-100 proc. budżetu, podczas gdy np. uczelnie brytyjskie tylko w 28-46 proc., resztę pieniędzy dostają od państwa i prywatnych firm na badania). Polskie prywatne firmy są mało innowacyjne, nie inwestują w badania akademickie.

* Tylko 13 proc. wniosków dostaje finansowanie ze środków krajowych. Na resztę nie starcza pieniędzy. Grant europejski w tym roku otrzymał jeden polski wniosek.

* W efekcie powstaje niewiele znaczących odkryć naukowych – na 100 polskich nauczycieli akademickich przypadało dwa razy mniej publikacji w czasopismach naukowych indeksowanych w ISI Web of Knowledge (tzw. lista filadelfijska) niż na 100 naukowców brytyjskich czy fińskich i trzy razy mniej niż niemieckich, austriackich czy szwajcarskich. Statystyczna polska publikacja była cytowana dwa-trzy razy rzadziej niż publikacje autorów z Europy Zachodniej. Na milion Polaków w 2007 r. przypadało pięć patentów, gdy średnia OECD wynosi ponad 100 (Niemcy 257, Finlandia 242, Szwajcaria 369)*.

Jak pracują i żyją w tych warunkach młodzi polscy naukowcy?

Jestem śmieciem

MGR ALICJA, 30 lat, doktorantka polonistyki na publicznym uniwersytecie: Zaczęłam studia na polonistyce, równolegle dostałam się na drugi kierunek, studia międzywydziałowe. Przekonywano, że warto, bym zrobiła doktorat. Zakładałam, że da mi on zatrudnienie na uczelni prywatnej, pensję lepszą niż nauczycielska lub choćby taką samą. Dziś jestem na piątym roku studiów doktoranckich. Stypendium – 1045 zł – idzie w całości na wynajem kawalerki. Z dodatku za wyniki w nauce – 200 zł – płacę media. Przez rok angażowałam się w trzy projekty badawcze, to dało mi ostatnio 2 tys. zł. Dostanę jeszcze 1,5 tys., ale każdy z grantów to dużo pracy! Ostatnio dostałam 1 tys. zł nagrody ze środków dla doktorantów, którzy mieli publikacje i konferencje. I 5 tys. zł na koszty wydawnicze książki. Łącznie 23 tys. – tyle mam rocznych dochodów ze źródeł naukowych, za pięć godzin pracy dziennie, w tym zajęcia ze studentami. Wychodzi ok. 10 zł za godzinę netto.

W wydawnictwach czasem dają mi korekty, wewnętrzne recenzje. Coś tłumaczyłam, układałam antologię poezji. I tak spływa: raz 500, raz 600 zł.

Sześć godzin snu mi wystarcza, ale jak to jest chronicznie mniej, zaczynam się przewracać. Jestem samotną matką, moje dziecko ma autyzm. Mój ojciec, jak może, co miesiąc śle mi 1 tys. zł. Chciałabym zarabiać 2 tys. zł netto i nie lawirować.

Pracowałam jakiś czas w bibliotece na pełny etat, zarabiałam tysiąc z hakiem. Nie miałam wtedy czasu na żadne granty, bo kiedy? Może dobrze, że zredukowano to stanowisko.

Kilkunastu moich kolegów doktorantów pracuje w pismach, np. literackich. Niektórzy sami je założyli i całą swą aktywność przekierowali na zdobywanie pieniędzy, by je utrzymać. A są to ludzie wybitni intelektualnie!

Znam też przypadek: kolega pisze doktorat za granicą, a tu ma fundację, która robi projekty naukowe. Jak dostanie grant, całe środowisko spotyka się na konferencji. Wszyscy są goli i bosi, trzeba im chociaż za bilety zapłacić. Jadą, pracują, piszą teksty. A więc da się robić naukę poza uczelniami, tylko trzeba być temu całkowicie oddanym.

Ten kolega wynajmuje pokój, bo nie stać go na mieszkanie. Tacy jak on nie zakładają rodzin, bo sami nie są w stanie przeżyć. No, chyba że mają bogatego małżonka. I są kompletnie ignorowani przez polskie uczelnie, które im mniej prężne, tym bardziej przyjmują strategię: zróbmy minimum, które musimy, i nie wyrywajcie się z pomysłami!

Po obronie będę szukać pracy w nauce, ale marnie to widzę. Doktorzy idą sprzedawać w księgarniach, obsługiwać bufety, by – za grosze – pracować naukowo przy grantach i publikować. Dla satysfakcji? Dla rozwoju nauki polskiej? Coraz częściej mam poczucie, że jestem zbędnym śmieciem. Resort mnie nagradza za osiągnięcia intelektualne, a z drugiej strony mówi: Nie ma pracy! Nie ma możliwości. Nie ma! Idź sobie żyć gdzieś indziej!

Jestem niekonkurencyjna

DR MARTA: Bardzo szybko uczę się nowej normy językowej i potrafię to rzutować na tekst XVI-wieczny. Wychodzę od tego, jaka jest literka, jaki krój pisma, z jakiego języka dane słowo pochodzi, a kończę na wyciąganiu generalnych wniosków: jak kultury na siebie wpływały. Jak dane społeczeństwo funkcjonowało? Ale potem, pisząc, męczę się i nad każdym zdaniem zastanawiam godzinami. Myślę, że gdyby na uczelni były pieniądze, większa konkurencja, to wyparłby mnie ktoś, kto lepiej wie, czego chce. Ale nasz system promuje obniżanie jakości: nie narobić się, a żeby publikacja była. Bo za publikacje w czasopismach naukowych, najlepiej anglojęzycznych, są punkty, które przelicza się na dotację dla instytutu. My, ich autorzy, oczywiście honorariów nie dostajemy!

Dlaczego tu pracuję? Bo tak wyszło. Bo to fajna praca. Ale nie wielkie powołanie. Bo miałam fantastycznego promotora, który zaraził mnie swoją pasją. Kiedy dostałam się na studia doktoranckie w PAN, on akurat odszedł na emeryturę i dostałam jego etat. 1,8 tys. zł brutto (2290 zł brutto to była średnia krajowa), więc mogłam codziennie jeść obiad, odpoczywać, uczyć się. Po dwóch latach – podwyżka o 400 zł. Dostałam grant promotorski, przez dwa lata był dodatkowy 1 tys. zł miesięcznie. Sześć lat od magisterki się obroniłam i zostałam adiunktem, dostałam 90 zł podwyżki.

Naukowo nie mogę pracować więcej niż kilka godzin dziennie, bo mnie to spala. Jak wszyscy w instytucie mam drugą pracę. Zarabiam tam 1,9 tys. zł na miesiąc. Jako redaktorka literacka uwspółcześniam i robię przypisy. To poniżej moich możliwości, ale mnie odpręża. Znam panią profesor, która po godzinach pisuje dla zarobku horoskopy.

Ze źródeł naukowych w 2011 r. zarobiłam 29 tys. zł: etat 20 godzin w tygodniu (22 zł za godzinę). Fundacja: 20 godzin w tygodniu (24 zł za godzinę). Z tego czasem muszę zapłacić za wyjazd na konferencję. Chciałabym zarabiać 4-5 tys. i dodatkowo mieć jakieś 1,4 tys. zł na prowadzenie działalności naukowej – wyjazdy terenowe, konferencje, dokumentacje, wynagradzanie łacinnika za specjalistyczne tłumaczenia. Nie rozglądałam się za kredytem mieszkaniowym. Mój chłopak ma komunalną kawalerkę, w niej mieszkamy.

Bez stypendium i etatu w nauce? Koleżanka pracuje w przedszkolu, doktorat pisze wieczorami. Bierze urlop i w wakacje robi badania. Kumpel – ojciec rodziny – był sportowcem i kasę na życie miał z grania. Inny – też ojciec – dorabiał korkami i choć tłukł ich mnóstwo, miał dużo mniej kasy niż żona, prawniczka. Kiedy zrobił się kryzys, zrezygnował z doktoratu. Dzwoni ostatnio: „Przyjeżdżam do Warszawy. Na kurs spawaczy rur PCV”.

Na uczelnie przychodzą stosy podań od doktorów, którzy chcą się zatrudnić chociaż jako asystenci, a nie adiunkci. U nas jeszcze nie zwalniają, ale jak dwie osoby nie zrobiły habilitacji i musiały odejść, na ich miejsce nie zatrudniono nikogo.

Jestem sekretarką

DR MAREK: Trzy dni w tygodniu jestem na uczelni od 8 do 20. Czasem też w weekendy. Dwa dni w tygodniu pracuję w domu. Czasem jedną stronę tekstu piszę przez pięć godzin. Trzeba znaleźć dane, policzyć. Sam muszę sobie rytm narzucić i go egzekwować, inaczej nie pójdę do przodu. Wieczorami ślęczę nad pracami studentów, korektą książki albo czytam. Mam też bardzo dużo pracy administracyjnej. Wakacje są na pracę naukową!

Jako student kierunku biznesowego myślałem, że będę pracował w prywatnej firmie, ale zapisałem się do ekonomicznego koła naukowego i wsiąkłem. Nie bez znaczenia pewnie było to, że ojciec i dziadek są profesorami, mama – adiunktem, babcia też pracowała naukowo. Po magisterce dostałem pracę w mojej katedrze. To były ostatnie podrygi starego systemu, gdy zatrudniano magistrów.

Teraz doktoranci nie mają etatów. Gdy kończy się studia magisterskie, zdaje się na doktoranckie. Doktorant prowadzi trochę zajęć ze studentami. Za darmo oczywiście. Można, mając szczęście, być zatrudnionym przy projekcie badawczym (grancie) albo mieć stypendium.

U nas doktorantami są menedżerowie wyższego szczebla, po czterdziestce, gdzie MBA ma już każdy – zapracowani, ale bardzo solidni. Te doktoraty powstają. I jest druga grupa – ci stypendium nie mają, pracować za bardzo nie mogą, bo zajęcia są trzy dni w tygodniu. Oni nigdy tego doktoratu nie zrobią, bo to jest ogromny wysiłek. Ale nikt ich nie zamierza wyrzucać! Na każdego jest dotacja, uczelnia się z tego finansuje. Na koniec daje papier ukończenia studiów doktoranckich i tyle. Doktorami zostaje u nas 10 proc. doktorantów. Może 4 proc. zapowiada się na naukowców.

Jak się doktorat obroni, można zostać na uczelni zatrudnionym. Tyle że w osiem lat trzeba zrobić habilitację. Jak ma się tyle godzin zajęć dydaktycznych co w pensum (210 w roku), to się da radę. Ale średnio dydaktyki jest dwa razy więcej.

W połowie lat 90. doktorzy łatwo dostawali drugi, trzeci etat na uczelniach prywatnych i przestali robić cokolwiek naukowo. A wiedza się dezaktualizuje. Dziś od młodych doktorów merytorycznie dzieli ich przepaść! Ale rektor od młodego adiunkta słyszy, że on nie będzie prowadził zajęć ze studentami, bo przedmiot go nie interesuje, a w weekendy to on ma życie prywatne. Dodatkowy kurs to 1 tys. zł za semestr, a zajęcia trzeba przygotować, rozliczyć. Młodzi chcą siedzieć w bibliotece i pracować naukowo! A dziś trzeba uczyć, bo uczelnie żyją ze studentów! I ci młodzi wypadają. A wieczni adiunkci te godziny biorą. Nawet 300 w semestrze! Choć wiedzą, że na przygotowanie habilitacji nie będą mieli czasu. Jak w ustawowym terminie nie zrobią habilitacji, będą musieli odejść z zawodu. Błędne koło.

Finansować się z badań? Instytucje, które przyznają granty krajowe, niechętnie patrzą, że chcemy jeszcze coś przy tym zarobić – bo mamy etaty.

Realizowaliśmy kiedyś grant europejski. Koordynatorem była instytucja z innego kraju Unii, która go pozyskała. Pani profesor z tej instytucji do napisania wniosku miała sztab specjalistów. Prowadziła intensywny lobbing, jeżdżąc do Brukseli – to robota na kilka miesięcy. Jak to ma zrobić polski kierownik katedry, który ma 10 osób przeciążonych dydaktyką i jedną sekretarkę na ćwierć etatu do obsługi studentów?! Na naszej uczelni nie ma jednostki wyspecjalizowanej w pozyskiwaniu i realizowaniu grantów. Wszystko musimy robić sami! Pisałem pisma, by na konferencję zarezerwować salę, żeby ktoś podał kawę i ciasteczka. Bukuję hotele, sprawdzam ceny. Stoliki rozstawiałem, a byłem jednym z dwóch realizujących merytorycznie ten grant! To tak jakby Kubicy powiedzieć: nie stać nas na porządny samochód, będziesz się z Hamiltonem ścigał trabantem!

Jestem siłą roboczą

DR HANNA: Jako dziecko bawiłam się w laboratorium. Skończyłam biologię i chciałam pracować w laboratorium kryminalistycznym policji, ale się nie udało, więc przez urząd pracy trafiłam do instytutu naukowego Polskiej Akademii Nauk. Prowadzimy badania podstawowe, badamy geny i funkcje białek przez nie programowanych.

U nas po doktoracie trzeba zmienić miejsce pracy na inny instytut, by w środowisku była wymiana wiedzy. Znalazłam dyrektora, który chciał mnie zatrudnić, jeśli przyjdę ze swoimi pieniędzmi na badania i pensję. Napisałam wniosek o grant (tzw. polski post-doc – program dla doktorów zaraz po obronie) i po ośmiu miesiącach przyznano mi 240 tys. zł na trzy lata, w tym 5 tys. zł (3,3 tys. netto) miesięcznie na wynagrodzenie.

W mojej pracowni nikt nie ma czasu dorabiać w drugiej pracy. 9-10 godzin dziennie pracuję w laboratorium. Czasem też w weekendy. Dziecko kładę spać o 22, zupa się gotuje, a ja zaczynam przygotowywać się do seminarium czy pisać publikację. Wstaję o 5.30. Ze dwa razy w miesiącu śpię po dwie-trzy godziny. Ludzie się zniechęcają, bo uważają, że to nie jest warte tych pieniędzy.

Tylko profesorowie mają etaty. Doktorzy trzy lata pracują przy jednym grancie, trzy – przy innym. Instytut PAN, politechnika, uniwersytet… Skończył mi się grant, dostałam kontrakt na dwa lata – z pensją o kilkaset złotych niższą. Nie stać nas na nianię. Nie stać na wycieczki zagraniczne, na które moja starsza, nastoletnia córka bardzo chciałaby pojechać. Jej koleżanki mają nowe meble, a ja remontu zrobić nie mogę. Mieszkanie kupiliśmy i spłaciliśmy, kiedy jeszcze nie było dzieci. Ale kosztowało 1,5 tys. zł za metr, a nie 10 tys. Dziś nie stać nas nawet na dodatkowy pokój.

Napisałam nowy wniosek i przyznano mi 400 tys. zł. Pięciu pracowników będzie miało dodatkowe 300 zł. W 2011 r. zarobiłam 53 526,70 zł brutto za średnio 52 godziny pracy w tygodniu. To 17 zł za godzinę. Chciałabym zarabiać z 5 tys. Jeśli myśleć o szaleństwach typu większe mieszkanie, wycieczki, to nawet 6 tys.

Ale i w Polsce, jak ktoś jest gotów dużo poświęcić, to możliwości są. Można startować w konkursach do grantów TEAM (środki przyznawane przez Fundację na rzecz Nauki pochodzące z funduszy strukturalnych Unii), gdzie są pensje 6-7 tys. zł, przy średniej w branży ok. 2 tys. zł. W ostatnich latach nasz instytut zdobył duży grant europejski jako koordynator. Za formalne przygotowanie wniosku firma zewnętrzna chciała 40 tys. zł. Ostatecznie zrobiła to jedna pani za 18 tys. zł. Instytut znalazł jakoś na to środki.

Teraz mam świetną szefową, która jest dobrym naukowcem i dobrym człowiekiem. Jeśli ktoś chce robić habilitację, wyjeżdżać za granicę – pcha, ma kontakty na świecie, pomaga.

Są też ogłoszenia i można próbować na własną rękę. Koleżanka za pieniądze zarobione w nauce nie mogła ani wynająć, ani kupić mieszkania w Warszawie. Dziś pracuje w laboratorium w Wielkiej Brytanii na stanowisku technicznym – wynajmuje dom z ogródkiem i utrzymuje męża i dziecko.

Jestem chciwa

DR IZABELA, antropolog kultury, 42 lata. Gdy promotor zaproponował mi pisanie doktoratu, wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Myślałam tylko o tym, że będę pisać rewelacyjne książki – pod prąd. Jaka jest rzeczywistość? Moje zarobki to przeciętna adiunkta z doktoratem: 2430 zł na rękę. Nie wiem, ile to na godzinę. Zresztą godzinę czego? Pracy badawczej, dydaktycznej czy organizacyjnej? Bo wszystko się składa na tę kwotę. Czy praca w nocy jest opłacana dodatkowo? Jeżeli dorabiam, to zwykle projektami muzealnymi i wykładami dla instytucji pozarządowych. To jednorazowe kwoty – 200-500 zł średnio raz na trzy miesiące. Nie biorę zbyt wielu dodatkowych prac; po pierwsze, mam dzieci, po drugie, habilitację do skończenia i każda godzina jest dla mnie cenna.

Wiele grantów dochodowych (tzn. takich, które zapewniają wynagrodzenie dla wykonawców), m.in. TEAM, jest przyznawanych tylko dla dziedzin bio-techno-nano i na pewno żaden bidulek humanista tego nie dostanie. Humaniści mają dostęp właściwie tylko do grantów ministerialnych i z Narodowego Centrum Nauki (stosunkowo małych, więc i wynagrodzenie jest niskie). Też miałam kiedyś taki grant – dostałam 50 tys. zł, z czego 25 proc. zabrała uczelnia. Na wynagrodzenia na 2,5 roku dostałam ok. 10 tys. zł brutto, a i tak w recenzji ktoś mi napisał, że jestem chciwa. No, może nie wprost: „Zawyżone wynagrodzenia”.

Niedawno ubiegaliśmy się o grant na cztery osoby na trzy lata i kierownik tak obliczył, żebyśmy dostawali po 900 zł dodatkowo do pensji. Komisja podobno się uśmiała. Projekt OK, ale te pieniądze z księżyca. No i uwalili. Teraz mam lecieć do USA na konferencję. Mam szczęście, że jestem w międzynarodowym projekcie i oni za wszystko płacą. Szkopuł w tym, że mam wyłożyć kasę, a oni mi zwrócą te kilka tysięcy za samolot. I jak tu napisać, że nie mam z czego wyłożyć? Większość w moim środowisku myśli tak: bardziej opłaca się mieć pewny drugi etat – na innej uczelni albo nawet w liceum – niż męczyć się z durnymi grantami, z których pieniądze są marne, a roboty od groma. Granty i publikacje w językach obcych są potrzebne w nowym systemie zdobywania habilitacji. Ale do września 2013 można jeszcze prześlizgnąć się na starych zasadach, więc naród ruszył do pracy i warto przyjrzeć się temu, co pojawi się na rynku jako prace habilitacyjne z zakresu humanistyki.

Mimo wszystko nie czuję się wyrobnikiem nauki, piszę to, co chcę, a studentów uczę tego, co wiem i w co wierzę. Ale jestem tak zmęczona atmosferą na uczelni, brakiem perspektyw i tym rodzajem intelektualnego zaszczucia, że marzę, by opuścić mury tej szacownej uczelni.

Jestem twardy

DR. MAREK: Godziwe wynagrodzenie adiunkta to byłoby 6 tys. zł miesięcznie. Bez nadgodzin i z jedną grupą seminaryjną. Wtedy mógłbym uczyć, prowadzić badania i publikować. Do tego tak jak w cywilizowanym świecie raz na cztery-pięć lat roczny, pełnopłatny urlop (sabbatical) na staż naukowo-badawczy za granicą.

Nie zarabiam źle. W 2011 r. – 120 tys. zł brutto za 50 godzin pracy w tygodniu (38 zł za godzinę). Podstawowe wynagrodzenie to średnia krajowa, ale są premie, dodatek za zajęcia po angielsku, trzynastka, co roku grusza – 1,5 tys. zł, co dwa lata nagroda za wyniki w nauce – do 3 tys. zł. Za realizację jakiegoś etapu grantu europejskiego można i kilkanaście tysięcy dostać. Dużo badań robię, publikuję, wychodzę z inicjatywą. Mam świetnego szefa, który wspiera nasze pomysły.

Poza uczelnią robię ekspertyzy (100 zł za godzinę) – to plon inwestowania w projekty, z których wiele nie wypaliło. Na pięć konferencji była jedna, z której do dziś czerpię korzyści. Ile nam wniosków grantowych odrzucili! Takich, nad którymi siedzieliśmy miesiącami! Ile razy odrzucono mi artykuł. Czekasz rok i jest druzgocąca recenzja. Trzeba sobie z tym radzić.

Ale ja uwielbiam tę pracę! Ciągle się człowiek rozwija, wchodzi w nową współpracę. Aspiracje? Żebym artykuł z moimi badaniami opublikował w „Quarterly Journal of Economics” albo „American Economic Review” i żeby był cytowany przez dobrych ekonomistów. A potem jakiś topowy uniwersytet zaprosiłby mnie na rok z wykładami. To ambitny cel, bo polska ekonomia jest na niskim poziomie.

Wyjechać? Żonie byłoby ciężko. Zresztą stypendium doktoranckie za granicą to 1 tys. euro. Starcza na piwo. Robi się doktorat (po trzydziestce) i przerażenie, bo post-doców – projektów dla świeżych doktorów – brakuje. W Europie jest kryzys. Fundusze nadal są większe niż u nas, ale w Anglii na badania naukowe obcięto kilkadziesiąt procent środków. W Hiszpanii dwa razy się zastanowią, nim przyjmą kogoś z Polski. Stany Zjednoczone – tam są pieniądze, ale tam jadą najlepsi z całego świata!

Imiona bohaterów zostały zmienione.

*Dane pochodzą z raportu „Produktywność naukowa wyższych szkół publicznych w Polsce” (J. Walczak-Derlacz, A. Parteka, 2010) finansowanego przez Ernst & Young

 Gazeta Wyborcza nr 234, wydanie z dnia 06/10/2012Magazyn, str. 22

E-booki łatwo nie mają

KSIĄŻKA PAPIEROWA CZY ELEKTRONICZNA? WYBÓR MAMY CORAZ WIĘKSZY

Biografia Steve?a Jobsa za 55 zł w papierze czy za 30 zł w e-booku? Jeśli jesteś posiadaczem smartfona, komputera lub czytnika do książek – możesz wybrać

MAGDALENA SZWARC

W dowolnym miejscu świata przez aplikację w telefonie, tablecie lub na czytniku logujesz się do swojego konta i twoje książki pojawiają się na półkach. Otwierają się od razu tam, gdzie skończyłeś czytać na innym urządzeniu. – To przyspieszyło. Na iPadzie czytam wywiad z autorem, ktoś poleca książkę na Facebooku. Sprawdzam w internecie: kurczę, nie jest jeszcze wydana w Polsce. A w Amazonie? Jest! Robię klik i mam. Bez czekania. Tak działa ten świat: albo już, albo wcale – mówi Joanna Ćwiklak z wydawnictwa Czarna Owca.

– Czytelnik e-booka jest gadżeciarzem. Lubi kolekcjonować. W podróży chce wybrać spośród kilkudziesięciu książek: czyta 20 stron jednej, zostawia, czyta inną – mówi Ćwiklak. Na wakacjach jedną książkę czytała na trzech różnych nośnikach. – Jak wieczorem gasiliśmy światło, to na iPadzie. Na basenie – w papierze. Ale jak jechaliśmy na wycieczkę, ściągnęłam ją na iPhone?a.

Dodaje jednak: – iPad, który jest absolutnie multimedialny, rozprasza. Czytam 10 minut, sprawdzę pocztę. Wracam do książki, to ktoś zadzwoni na Skypie. Znów czytam. Coś mi się przypomni, to dopiszę notkę na Facebooku. Nie ma rytuału czytania. Dlatego na iPada kupuję książki lekkie, które nie wymagają dużego zaangażowania.

Rewolucji nie ułatwia to, że książki kupują ludzie, którzy lubią ich fizyczność: zapach, ładny papier, druk.

6.00, metro Młociny. Przesiadając się z wagonu do wagonu warszawskiego metra, postanowiłam odszukać czytelników e-booków. Slalom między poręczami, siatkami. Patrzę ludziom na ręce. Mijam czytających „papier”. Szukam elektroniki. Jest. Kobieta wpatruje się we wnętrze dłoni. Podchodzę bliżej – nie ma na uszach słuchawek. Świetnie. Rzucam okiem na ekran. Zazwyczaj skaczą tam kolorowe kulki albo ktoś rozkłada pasjansa. U niej biały ekran telefonu i litery. To Ewa, 30 lat, inżynier drogowy. – Jedną ręką się trzymam, torebka przed siebie i nie ma problemu. Kartek nie trzeba przewracać – mówi, podnosząc głowę.

– Skąd je bierzecie?

– Piractwo. Jest tam niemal wszystko. Głównie angielskie, ale język w dzisiejszych czasach nie jest barierą. Przeważnie czytam sagi, w druku to ponad 1400 stron, więc jedna, dwie w miesiącu. Lubię thrillery. Odprężają. Mąż czyta krótsze, ze 30 przez rok przeczytał. Teraz „Walkę o tron”. Dobrego telefonu używa do czytania, a do dzwonienia ma grata, ale jak czytam w taki sposób, nigdy nie pamiętam tytułu. Bo on znika na początku.

– Telefon nie męczy? Nie świeci w oczy?

– Można sobie ustawić dużą czcionkę, przyciemnić ekran. Godzinę mogę czytać bez zmęczenia.

– E-papier w ogóle nie męczy. Czcionkę też można powiększyć. Dwie książki o podobnej liczbie stron, tego samego autora przeczytałam w papierze i na czytniku. Na tym drugim o 20 proc. szybciej.

– A jak on jest duży?

– 5, 6, 10 cali.

– To do torebki się nie zmieści. Telefon jest wielofunkcyjny: przeczytam, zadzwonię, wyślę SMS-a, maila. Z e-booków mało osób jeszcze korzysta, bo jak ktoś nie umie sobie znaleźć w sieci, to kupienie legalnie jest kłopotliwe i drogie.

Przeszkoda pierwsza: chmury w budowie

„Białą Marię”, najnowszą książkę Hanny Krall, kupiłam – jak trzy czwarte polskich użytkowników e-booków -przez komputer (nie bezpośrednio przez czytnik ani smartfon, co w USA już jest standardem). Trzeba wejść na stronę e-księgarni, wybrać, zapłacić przelewem albo kartą, a po weryfikacji płatności (ok. 10 minut) można ściągnąć plik.

Jednak na najpopularniejszym w Polsce czytniku Kindle moja „Maria” się nie otworzyła. Kindle nie obsługuje dokumentów zabezpieczonych DRM-em (Digital Rights Management) firmy Adobe, a to 80 proc. oferowanych w Polsce e-booków. Do tego sprzedawany przez Amazon.com, największą internetową księgarnię, obsługuje jej format e-książek (Mobipocket). A w Polsce upowszechniły się standardy ePub i pdf. Wśród 950 tys. książek w Amazonie polskich prawie nie ma.

W internecie jest kilka przepisów, jak złamać zabezpieczenie DRM. Są legalne programy do przeformatowywania plików, ale są też aplikacje do czytania takich plików np. na smartfonie czy tablecie.

Czytnik Onyx Boox, drugi u nas pod względem popularności po Kindle?u, zabezpieczone DRM-em pliki ePub otwiera. Świetnie obsługuje format PDF. Nie jest jednak idealny. Bez powodzenia próbowałam ściągnąć „Marię” z mojego konta przez wi-fi (to ma się wkrótce zmienić). Kabelkiem przez komputer poszło w 3 minuty.

Są dystrybutorzy, którzy zamiast uciążliwym dla klienta DRM-em (wymaga rejestracji, można książkę kopiować tylko na 6 urządzeń plus 1 co roku) zabezpieczają pliki znakiem wodnym. Nazwisko użytkownika „wdrukowane” jest w strony publikacji, a dane o transakcji umożliwiające identyfikację klienta zaszyfrowane w pliku. Można ją kopiować na dowolną liczbę urządzeń, ale tych rozwiązań boją się wydawcy. Z nielegalnego rozpowszechniania kopii ani wydawca, ani autor nie dostaje nic.

Jednak rynek idzie w kierunku zdejmowania zabezpieczeń – w USA w siłę rosną firmy wyszukujące pirackie kopie na stronach je dystrybuujących. U nas księgarnia Virtualo w listopadzie wprowadziła do oferty format mobi (na Kindle?a). Dziś oferuje tylko darmową klasykę, ale już dwa duże wydawnictwa literackie negocjują umowy na dostarczenie tytułów w tym formacie, zabezpieczonych znakiem wodnym. Od listopada wydawnictwo Helion (biznes, psychologia, informatyka) prowadzi sklep Ebookpoint.pl, gdzie książkę sprzedaje w pakietach trzech formatów naraz (PDF, e-pub, mobi), też z watermarkiem. Otworzą się na każdym urządzeniu do czytania.

„Kierunek Kabaty”… Kolejny wagon. – W ciąży bardzo dużo czytałam na czytniku ze względu na jego małą wagę. W torebce noszę. Nie rozładuje się, wytrzymuje tygodnie. W domu czytam papierowe, bo nie chcę, żeby czytnik dostał się w małe, zaplute rączki. Ale jak pojawia się coś nowego, a nie jest dostępne na e-booku, to nie będę czekała, kupuję papier – mówi blondynka z czytnikiem Onyx Boox.

Przeszkoda druga: nie ma co czytać

W sklepie Virtualo można wybierać spośród 85 tys. książek. W Nexto – z 15 tys. Te liczby i tak są dęte, bo ponad połowa to klasyka starsza niż 70 lat, czyli utwory w domenie publicznej, za kopiowanie których już nie trzeba płacić autorom ani spadkobiercom. A pozostałe tytuły, jeśli występują w wielu formatach – ePub, PDF i mobi – są liczone kilka razy. Realnie na polskim rynku może być zdigitalizowanych 7 tys. pozycji, do których prawa autorskie nie wygasły. W praktyce chcesz kupić konkretny tytuł i go nie ma. W tym roku średnio na rynek wchodziło 170 tytułów miesięcznie, w ostatnim kwartale – po 250.

Najszerszą ofertę ma wydawnictwo W.A.B. – ponad 300 tytułów. – Generalnie chcemy, żeby każdy tytuł papierowy miał swoją elektroniczną premierę jednego dnia. I to się udaje, chociaż nie dla każdego tytułu – mówi Małgorzata Rzepkowska. Ale taka polityka wydawcy należy do wyjątków. Czarna Owca – na rynku mówią, że najprężniej rozwijające się wydawnictwo spośród oferujących e-booki, w cyfrze od 15 miesięcy – zaczynała od trzech części „Millennium” Stiega Larssona, dziś oferuje 30 książek. – W formie elektronicznej oferujemy tytuły hitowe, ważne – mówi Joanna Ćwiklak. To 10–15 proc. oferty nowości papierowych.

W.A.B. miesięcznie sprzedaje ponad 400 pobrań (sierpień – 495, wrzesień -488, październik – 723). Największe hity – nawet 30 szt. W całym 2010 r. sprzedali 3178 e-booków, w pierwszej połowie 2011 r. – 2642. Najlepiej sprzedaje się „Uwikłanie” Miłoszewskiego – 108 sztuk, przy sprzedanych 5 tys. egzemplarzy papierowych. „Powrót nauczyciela tańca” Henninga Mankella – 108 do 12 tys. „Niespokojny człowiek” Mankella – 57 sztuk do 3 tys. (dane do końca września).

Czarna Owca sprzedała w sumie ponad 3,6 tys. pobrań. – Powieść szpiegowska „Nielegalni”, zanim wyszła papierowa i audio, była dostępna jako e-book. W jeden dzień na Woblinku w promocji za złotówkę sprzedało się 200 sztuk. Od 1 sierpnia do końca października: 500 sztuk – absolutny rekord!

Jednak choć tytułów prawie nie przybywa, wydawcy i dostawcy mówią, że rynek się rozwija. Notują wzrosty rzędu 70-100 proc. rocznie. Miesięcznie przez Nexto przechodzi 5-10 tys. pobrań, a to jeden z największych dystrybutorów. Cały ten rynek szacują na 6-7 mln zł rocznie. Grupa Empik – na 8-10 mln. To mniej niż pół procent rynku książki w Polsce. – Jeszcze na początku 2011 r. najwięcej sprzedawało się audiobooków, potem była e-prasa i na końcu e-booki. Teraz e-booki zbliżają się do audiobooków, wyprzedzając prasę – mówi Roszkowski.

14.20, metro Centrum. – W metrze jest świetnie, ale na powierzchni bywa różnie. Na przystankach znajduję sobie miejsca zacienione – mówi Artur Pawłowski, który czyta w laptopie. – Miesięcznie czytam trzy-cztery książki w ten sposób. SF po angielsku, bo trudno je dostać w Polsce. Książki dotyczące średniowiecza. Uczelnie amerykańskie udostępniają sporo treści nieodpłatnie – mówi. – Średniowiecze!? Co pan zawodowo robi?

– Zajmuję się nieruchomościami. Często mam torbę pełną dokumentów. Dźwigać jeszcze książki to przesada. A komputer i tak muszę mieć.

Przeszkoda trzecia: prawa autorskie

Zdigitalizować książkę dla wydawcy znaczy: sprawdzić, czy w umowie z autorem/licencjodawcą/tłumaczem jest zapis o jego zgodzie na rozpowszechnianie treści w formie cyfrowej. Zapewne nie ma, bo jak pięć lat temu była zawierana, nikt o digitalizacji nie myślał, więc trzeba ją renegocjować, co kosztuje i trwa. – Nie każdy licencjodawca wierzy w potencjał książek elektronicznych. Bardzo oporni są Francuzi – mówi Joanna Ćwiklak.

– Jak okładkę wydania papierowego chcemy zamieścić w digitalizowanym i okazuje się, że za dodatkowe prawa do niej ktoś chce 300 euro, rezygnujemy z e-booka. Czasem autor nie chce przekazać praw, czasem już je komuś zbył, a czasem chce jakąś gigantyczną zaliczkę, co przy naszym rynku w tej chwili się nie zbilansuje – wyjaśnia Małgorzata Rzepkowska.

15.40, metro Marymont. Mężczyzna siedzi z tabletem w samym kącie wagonu. To najzaciszniejsze miejsce. Uśmiecham się i przechodzę do rzeczy. – Nie udzielam wywiadów – warczy. Inny czyta na telefonie. Widzę, jak przerzuca kolejny rozdział. Nawet wiem, co czyta, ale idzie w zaparte. – Nie czytam e-booków – mówi i chowa telefon do kieszeni.

Przeszkoda czwarta: brak narzędzi do czytania

E-book to byt niematerialny, istnieje jedynie poprzez urządzenia. – 2012 i 2013 rok to będą lata rozwoju narzędzi do czytania i zaczynająca się masowa konsumpcja – prorokuje Nexto. Smartfony i tablety przez operatorów telekomunikacyjnych są już oferowane za złotówkę. Gdyby czytniki spadły do cen 100-200 zł, mogłyby być kupowane masowo. Sieci telekomunikacyjne nie są zainteresowane ich kredytowaniem, bo książka to minimalny przesył danych, na tym się nie zarobi. A tablety, wbrew reklamom, to nie są narzędzia do długotrwałego czytania.

Prognozy PricewaterhouseCoopers przewidują, że w 2015 r. rynek książki cyfrowej w Polsce będzie stanowił 2 proc. sprzedaży książki papierowej. W Niemczech – 6,3 proc., w Holandii – 4,4 proc. (dziś w obu ostatnich to mniej niż pół procent rynku książki). USA są kilka lat przed Europą. W 2009 r. e-booki stanowiły 3 proc. rynku książki, rok później – już 7 proc. W 2015 r. będzie to ponad 22 proc. Amazon deklaruje, że już sprzedaje więcej e-booków niż papieru. Ponad 20 proc. wydawnictw amerykańskich deklaruje, że e-booki stanowią ponad 10 proc. ich przychodów.

A czemu Amazon, mając swoje sklepy w kilku krajach świata, nie wchodzi z e-bookami na ich języki? Może te rynki są za małe, aby unieść takie inwestycje? – Wejdzie, tylko czeka na odpowiednie nasycenie urządzeniami. Wszedł do Niemiec, wchodzi do Włoch i Hiszpanii – mówi Roszkowski.

Szacunkowe dane mówią, że czytników mamy w Polsce ok. 60 tys., tabletów ok. 100 tys., smartfonów do 8mln.

16.20, metro Marymont. Następny Kindle. – Mam go od tygodnia, mąż przywiózł ze Stanów – mówi Joanna Kujawska, 26 lat. Chciałaby, żeby zdigitalizowano podręczniki. – Mam 900 stron „interny” do przeczytania. Ponad 2 kg. Do metra nie wezmę, a moje czytanie to droga do pracy – ponad godzinę – i z powrotem.

– I co pani na nim ma?

– Trzy książki fantastyczne. Poradnik: „Żyć dobrze”, bo czasem trzeba przeczytać, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta. „Harry?ego Pottera” dla męża. Uczę się angielskiego, więc czytam książki, słuchając ich jednocześnie. Mam artykuły z pracy. Na papierze łatwiejsze jest robienie notatek, tu trzeba się przeklikać.

Przeszkoda piąta – cena

– Na początku nasz e-book miał cenę połowy wydania papierowego, ale to kanibalizm. Omijamy koszty druku, papieru, logistyki, magazynowania, ale koszty praw autorskich w wydaniu cyfrowym stanowią jedną czwartą ceny, a mówi się, że 50 proc. trzeba będzie oddać autorowi. A w papierowych – 10 proc. Tłumacz – 5-7 proc. Produkcja na etapie łamania się rozchodzi. Ktoś musi tę pracę wykonać dwa razy. Potem jest konwersja, za którą trzeba zapłacić, praca osób zaangażowanych w pozyskiwanie praw, okładkę, zdjęcia, ilustracje. Prowizje od sprzedaży to 40-50 proc. – hurtownicy dzielą się tym z księgarniami – jedni i drudzy ponoszą koszty budowy swoich platform. Do tego 23 proc. VAT (na książki papierowe 5 proc.). Dopiero wszedł e-pub, a już trzeba myśleć o wprowadzaniu e-pub3, który pozwala dołączać filmy i pliki dźwiękowe. Trzeba inwestować, więc uznaliśmy, że sprzedajemy treść. W tej samej cenie co w miękkiej oprawie – opisuje Rzepkowska.

Czarna Owca stara się oferować taniej od papieru o 5 zł – czyli blisko 20 proc. Większość wydawców tak robi, ale e-book droższy od wersji papierowej nie jest czymś niezwykłym.

Na Virtualo.pl już działa wypożyczalnia e-booków, gdzie za kilka złotych można wykupić czasowy dostęp do książki. Na razie tylko online, ale udoskonalenie tej usługi z pewnością obniży ceny.

18.00, metro Młociny. Księgowego Jacka zaczepiam, bo posuwisty ruch kciuka po ekranie sugeruje, że to nie gra. – Nie czytam e-booka – mówi. – Do czytania mam co innego – wyciąga Kindle?a. – W plecaku, w metrze książki się niszczą. A o to dbam. I nie czytam książek drugi raz, a mam ich dużo. Chyba na Allegro trzeba je wystawić.

Maj 2011 r. Na Warszawskich Targach Książki dużym zainteresowaniem cieszyły się stoiska z „gadżetami” do czytania e-booków

Gazeta Wyborcza  nr 294, wydanie z dnia 19/12/2011Biznes Ludzie Pieniądze, str. 26